czyli jak wspieram swoją sprawność i wewnętrzny spokój
Wstęp – o tym, jak rozumiem oczywiste oczywistości
Chcę podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami na temat zrozumienia siebie, tworzenia samopoczucia oraz przewidywania rzeczywistości. Spokojnie jednak — nie będzie tu wróżenia z kart, układów gwiazd ani wizji niejasnego pochodzenia. Nie czuję się powołany do ratowania świata ani do wieszczenia kolejnego Armagedonu.
Raczej posądziłbym się o coś bardziej przyziemnego: o nieustanne poszukiwanie zrozumienia tego, co jest — a przede wszystkim tego, co dzieje się ze mną w tej rzeczywistości. Interesuję się sobą i nie boję się do tego przyznać. Dlaczego myślę tak, jak myślę? Dlaczego odczuwam i podsycam w sobie emocjonalne burze — złości, napięcia, ale też uniesień? Dlaczego traktuję innych i siebie w ten, a nie inny sposób?
Ponieważ — jak zapewne się domyślasz — na tego typu pytania „ludzie nauki” nie mają jednoznacznych odpowiedzi, a ja sam nie jestem dyplomowanym psychologiem, neurobiologiem ani filozofem umysłu z wieloletnim zapleczem akademickiej wiedzy, uznałem, że poza sięganiem do dostępnych, popularnonaukowych źródeł, pozostaje mi jeszcze jedno: uważna obserwacja siebie, a czasem nawet eksperymentowanie na sobie.
Czy rozwijanie autorefleksji, wspartej współczesną wiedzą, przybliży mnie do lepszego zrozumienia siebie w rzeczywistości? Tego nie wiem. To się okaże.
Zresztą, jak zauważa profesor Andrzej Dragan w książce „Kwantechizm 2.0”: „Nauka niczego nie »udowadnia«, a jedynie bada konsekwencje hipotez, które do tej pory nie zostały przez nikogo skutecznie podważone. A jeśli zostały — to się nikt nie obraża, tylko wszyscy zaczynają szukać od nowa”.
Przywołuję te słowa, aby jasno podkreślić jedno: nie szukam dowodów. Szukam wskazówek prowadzących do lepszego rozumienia siebie. Nie chcę Ci niczego narzucać ani sugerować gotowych odpowiedzi — co najwyżej sprowokować do wątpienia, kwestionowania i sprawdzania również mojego podejścia.
Swoimi poszukiwaniami podzielę się w trzech częściach:
- Najpierw naszkicuję pojęcia, które pomogły mi wejść głębiej w temat.
- Następnie przyjrzę się mózgowi jako „maszynie przewidującej” oraz emocjom — między innymi w ujęciu Lisy Feldman Barrett — zastanawiając się, w jaki sposób nieświadomie tworzę własne samopoczucie.
- W trzeciej części spróbuję odpowiedzieć na pytanie, czy praca nad samodzielnością i samopoczuciem może stać się codzienną, praktyczną umiejętnością.
Na początek jednak pierwsze spostrzeżenie. Długo wydawało mi się, że to, o czym chcę mówić, jest oczywiste, codzienne i zwyczajne. W końcu żyję już kilka dobrych dekad. A jednak, gdy tylko zaczynam przyglądać się tym rzekomym „oczywistościom” uważniej, szybko okazuje się, że wcale takie oczywiste nie są.
Czym innym jest coś wiedzieć. Czym innym to rozumieć. A jeszcze czym innym — wiedzieć, czemu to rozumienie ma właściwie służyć.

Dlatego te rozważania mają charakter skrajnie lokalny. Dotyczą mnie, mojego najbliższego otoczenia i mojej codzienności. W Twoim przypadku zapewne wygląda to podobnie — masz swoją codzienność i własny sposób jej rozumienia. Być może te wspólne rozważania zaprowadzą nas do czegoś interesującego.
Skąd wiem, co mam robić?
Zaczęło się od pozornie banalnego pytania: skąd wiem, co mam robić?
Musi być coś na rzeczy z tym przewidywaniem, skoro budząc się rano, wiem, co mam robić — a przynajmniej wiem, co powinienem zrobić. Nie błąkam się bez celu jak zombie, tylko wykonuję określone, przewidziane czynności. Dosłownie przewiduję, co będę robił i w jakiej kolejności.
Co w moim „JA” o tym decyduje? Co sprawia, że robię to, co robię? Czy jest to jedynie reakcja na rzeczywistość zewnętrzną — na warunki, w jakich przyszło mi żyć? Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na wybór? I ile w tym wszystkim zależy ode mnie świadomego?
To ostatnie pytanie jest dla mnie kluczowe: ile ode mnie świadomego naprawdę zależy?
Jeszcze większego znaczenia tym rozważaniom dodaje fakt, że wszystkim tym — zapewne niezwykle złożonym — procesom myślenia i działania towarzyszy wyraźnie odczuwalne tło. Pewien osobisty, wewnętrzny klimat, znacznie głębszy niż chwilowe nastroje. Ten klimat nazywam samopoczuciem.

Przywiązuję do tego wagę, ponieważ w moim własnym doświadczeniu dostrzegłem pewną prawidłowość. Niezależnie od tego, czy miałem więcej czy mniej pieniędzy, czy przebywałem wśród ludzi uznawanych za mądrych, czy zupełnie zwyczajnych, czy mieszkałem w domu z ogrodem, czy w dwóch pokojach na siódmym piętrze zatłoczonego wieżowca — wszystko to, w obliczu mojego samopoczucia, okazywało się wtórne.
Gdy wewnętrzny klimat jest zły, cała zewnętrzna oprawa traci znaczenie. Jak to się mówi: najpiękniejszy widok przestaje cieszyć, a sukces przestaje smakować.
Czy można pracować nad samopoczuciem? Odpowiedź wydaje się oczywista. Istnieją całe rzesze specjalistów zajmujących się dobrostanem człowieka — od ekspertów zdrowia psychicznego i fizycznego, przez filozofów, po nauczycieli duchowych (nie wspominając o wróżkach, politykach i tych, którzy po prostu „wiedzą”, jak masz żyć – tych ostatnich jest najwięcej).
A jednak osobista, indywidualna praca nad własnym samopoczuciem nie jest czymś powszechnym ani nawykowym — nie jest podstawową higieną istnienia, tak oczywistą jak mycie zębów.
Problem w tym, że nie istnieje jedna, uniwersalna instrukcja obsługi człowieka. Nie odkrywam tu niczego nowego. Jesteśmy istotami o niepowtarzalnej strukturze biologicznej i psychicznej. O ile mi wiadomo, nie ma dwóch identycznych osób — i nie ma jednego przepisu na życie. Nie każda filozofia pasuje do każdego.
Stąd moje przekonanie, że jeśli nie podejmę pracy polegającej na samodzielnym zrozumieniu siebie, skazuję się na naśladowanie innych. Na przywdziewanie cudzych pomysłów na życie, które do mnie nie pasują. Być może nie powinienem, ale jednak zachęcam Cię do własnej, autorskiej pracy nad sobą.
Uważam, że stan mojego samopoczucia powinien być przede wszystkim moją sprawą. Dążę do tego, aby w jak największym stopniu zależał od mojej świadomej woli. Dlatego nawet niewielka dawka wiedzy i praktycznych wskazówek dotyczących podejmowania decyzji, przewidywania i sposobu myślenia może zwiększyć moje szanse na bardziej samodzielne panowanie nad sobą.
Dążenie do tak rozumianej władzy wewnętrznej uważam — w sensie moralnym — za uzasadnione. Co innego bowiem panować nad sobą, a co innego dążyć do dominacji nad drugim człowiekiem.
Mam głębokie przekonanie, że władza wewnętrzna czyni mnie panem samego siebie. Dziś coraz częściej myślę o niej jako o praktycznym wymiarze samodzielności — zdolności kierowania sobą bez potrzeby podporządkowywania innych. Opiera się ona na samodyscyplinie, poznaniu i zrozumieniu. Jest dążeniem do stabilności i niezależności — jest siłą, którą mogę i powinienem pielęgnować, ponieważ znajduje się we mnie, niezależnie od zewnętrznych okoliczności.
Uganianie się za władzą zewnętrzną działa odwrotnie. Czyni mnie zakładnikiem okoliczności i innych ludzi. Władza nad innymi zawsze zależy od czynników zewnętrznych: strachu, posłuszeństwa, kontroli zasobów. Historia pokazuje, że taka władza nigdy nie jest stabilna — wymaga ciągłego wysiłku, zapobiegania oporowi i lęku przed jej utratą.
Ponieważ poczucie władzy nad innymi — lub jego brak — ma bardzo realne konsekwencje w codziennym życiu, pozwoliłem sobie na krótką fantazję: jakże byłoby pięknie, gdyby wszyscy robili to, co ja chcę.
Mam wrażenie, że to oczekiwanie — a może raczej ukryta intencja — pojawia się w świadomości wielu ludzi, których spotykam. Z tego grona nie wykluczam siebie. Podobnie jak inni, czasem mniej, a czasem bardziej zręcznie, potrafię maskować to pragnienie.
Wystarczy spojrzeć na dużą skalę — na postacie dyktatorów. Schemat jest zawsze podobny: zdobywanie władzy nad innymi usprawiedliwiane wzniosłą ideologią. Niezależnie od tego, czy są to hasła polityczne, społeczne czy religijne, mechanizm pozostaje ten sam: doprowadzę was do szczęścia według mojego przepisu.
Zejdźmy jednak na ziemię, do codzienności. To samo pragnienie objawia się w relacjach przełożony–pracownik. Władza nie opiera się tu na ideologii, lecz na zależności finansowej. Wielu z nas spotkało zapewne „mini-dyktatorów”, którzy zamiast brać odpowiedzialność za to, co rzeczywiście od nich zależy, próbują kontrolować każdy ruch podwładnych. Efekt? Opór, frustracja i pytanie w kontekście miejsca pracy, które słyszę zaskakująco często: co ja tu właściwie robię?
Nie jestem od tych mechanizmów wolny. W relacjach z najbliższymi zdarzało mi się uciekać do manipulacji — nie po to, by coś wspólnie zbudować, lecz by wyszło na moje. To zasadnicza różnica między uczciwą perswazją a wywieraniem wpływu tylko po to, by nakarmić własne ego (wymyślone mniemanie o sobie). Ta droga zawsze prowadzi donikąd.
Dlatego dokonałem innego wyboru. Zamiast tracić energię na walkę z innymi i narzucanie im swojej woli, wybieram budowanie władzy wewnętrznej. Chcę kształtować swoje życie nie kosztem innych, lecz własnym wysiłkiem — poprzez pracę nad sobą, autorefleksję i samokontrolę. Jestem przekonany, że tylko taka forma władzy daje prawdziwą niezależność.
Dostęp do wiedzy — i co równie ważne, do jej źródeł — nigdy nie był tak prosty jak dziś. Dużą rolę odgrywają w tym modele sztucznej inteligencji. AI przestaje być jedynie wyszukiwarką; staje się narzędziem porządkowania i tworzenia wiedzy.
Mam nadzieję, że dzięki temu osłabnie dominacja komentatorów, plotkarzy i twórców informacyjnego szumu, karmiących nas treściami służącymi głównie ich poczuciu wpływu. Niech sztuczna inteligencja zajmie się wiedzą — a nam pozostanie to, co naprawdę ludzkie: rozumienie, przeżywanie i smakowanie rzeczywistości.
Nie interesuje mnie gromadzenie suchych informacji. Szukam wiedzy, którą mogę przekładać na doświadczenie — w relacjach, w pracy i w codziennym tworzeniu siebie. Chcę sprawdzać ją na własnej skórze.
Wszystko to w jednym celu: aby skuteczniej przeżywać życie w głębokim poczuciu spokoju. Nie spokoju rozumianego jako brak emocji czy wycofanie się z życia, lecz jako stabilny klimat wewnętrzny, który pozostaje obecny nawet w samym centrum wiru współczesnego świata.
Część I: Rozumieć, na co wskazują słowa
Zanim przeszedłem do dalszych rozważań, spróbowałem przyjrzeć się pojęciom, których używamy na co dzień: „JA”, „rzeczywistość”, „samodzielność”, „samopoczucie”. Zadałem sobie pytanie, na co one właściwie wskazują i co naprawdę mam na myśli, gdy się nimi posługuję.
Szybko okazało się, że nie istnieje jedna, spójna definicja tych pojęć. Są jedynie interpretacje. To, co wydaje się oczywiste, przestaje takie być, gdy spróbuję się temu uważniej przyjrzeć. Myślę: „przecież wiem, jak to jest być świadomym”. Ale czy potrafię powiedzieć, czym jest świadomość? Czy rozumiem, jak działa?
Podobnie jest z wieloma innymi pojęciami – energią, doborem naturalnym, życiem. Odpowiedzi na te pytania od lat próbują formułować myśliciele i naukowcy. Pozostaje jednak pytanie, czy ja, zwykły człowiek, mogę mieć z tego coś dla siebie w codziennym doświadczeniu.
Coraz wyraźniej widzę, że często więcej wiem, niż rozumiem. I właśnie od tej różnicy – między wiedzą a rozumieniem – zaczyna się ta próba uporządkowania pojęć, które są mi najbliższe.
Samodzielność – rozumienie robocze
Kiedy mówię o samodzielności, nie mam na myśli ani samotności, ani odcinania się od innych ludzi. Nie chodzi mi też o bycie niezależnym za wszelką cenę. Rozumiem ją raczej jako zdolność pozostawania sprawnym — fizycznie, mentalnie i intelektualnie — bez konieczności stałego podpierania się cudzymi przekonaniami, gotowymi narracjami czy emocjonalnymi impulsami.
Samodzielność rozpoznaję nie po deklaracjach, lecz po sposobie działania. Po tym, czy potrafię myśleć, decydować i współpracować, zachowując wewnętrzną spójność także wtedy, gdy okoliczności są niepewne, zmienne lub niesprzyjające. Na tym etapie nie interesuje mnie jeszcze, skąd dokładnie ta zdolność się bierze. Ważniejsze jest dla mnie to, po czym poznaję, że jestem samodzielny w mojej codzienności.
Samopoczucie – rozumienie robocze
Samopoczucia nie utożsamiam z chwilowym nastrojem ani z aktualnym zestawem emocji. Bardziej przypomina mi ono wewnętrzny klimat — względnie stałe tło, w którym pojawiają się myśli, reakcje emocjonalne i codzienne zdarzenia.
To tło trudno jednoznacznie opisać. Jest raczej przestrzenią niż treścią. Emocje przychodzą i odchodzą, natomiast samopoczucie pozostaje — nawet wtedy, gdy nie potrafię go jasno nazwać. Z czasem zauważyłem (o czym wspomniałem wcześniej), że jakość tego wewnętrznego klimatu ma większy wpływ na moje doświadczenie życia niż same okoliczności zewnętrzne.
Dopiero później spróbuję zrozumieć, czy i w jaki sposób to, co dziś nazywam samodzielnością i samopoczuciem, da się opisać językiem współczesnej nauki. Na razie traktuję te pojęcia jako robocze punkty odniesienia — narzędzia, które pomagają mi uważniej obserwować własne doświadczenie.
JA – rozumienie robocze

Przejrzałem wiele interpretacji pojęcia JA i wybrałem tę, która na ten moment jest dla mnie najbardziej spójna – z moimi przekonaniami, doświadczeniem i intuicją. Traktuję ją jako ujęcie robocze, nie ostateczne.
Przyjmuję, że JA jest realnym, fizycznym bytem, który rozpoznaje siebie oraz interpretuje – czyli nadaje znaczenie – temu, czego doświadcza. Jako JA mam zdolność poznawania, przeżywania i działania w dwóch powiązanych ze sobą wymiarach.
Pierwszym z nich jest rzeczywistość obiektywna – sfera zewnętrznych, fizycznych zdarzeń i zjawisk. Drugim jest rzeczywistość subiektywna – moja wewnętrzna przestrzeń doznań, myśli, emocji i wyobrażeń.
Świadectwem tego, że tak właśnie funkcjonuję, są moje relacje z innymi ludźmi. To w interakcjach, w odpowiedzi świata i innych osób na moje działania, najpełniej ujawnia się fakt mojego istnienia jako odrębnego JA. Z tego powodu nie rozważam, czy jestem duchem, duszą czy czystą energią. Nie uważam tych kategorii za konieczne do rozumienia siebie w codziennym życiu.
Skupiam się na tym, co dla mnie pewne i sprawdzalne: jako istota fizyczna, wyposażona w mózg i układ nerwowy, myślę, odczuwam i podejmuję decyzje. To stanowi dla mnie punkt wyjścia. Skoro to ja myślę, czuję i decyduję, to ponoszę odpowiedzialność za skutki własnych działań – nawet wtedy, gdy ich źródła sięgają obszarów nieświadomości.
Skoro pojawia się pojęcie nieświadomości, trudno pominąć temat świadomości. Nie traktuję jej jednak jako prostego stanu „włączenia” i „wyłączenia”, zależnego od snu czy czuwania. Mam intuicję, że świadomość jest czymś więcej niż byciem przytomnym.
Rozumiem ją jako zdolność refleksji nad tym, czego doświadcza moje JA. Dzięki świadomości nie tylko odczuwam złość, ale wiem, że ją odczuwam. Nie tylko widzę obraz, lecz zdaję sobie sprawę z samego aktu patrzenia. Ta możliwość bycia obserwatorem własnej rzeczywistości subiektywnej wydaje mi się kluczowa.
Podejrzewam, że właśnie ta zdolność – dystans wobec własnych doznań i myśli – jest jednym z narzędzi ewolucji życia. Pozwala nie tylko reagować na bodźce, lecz także rozumieć swoje doświadczenia i coraz bardziej świadomie uczestniczyć w ich kształtowaniu.
Przyjęte przeze mnie robocze rozumienie JA w naturalny sposób prowadzi do pytania o rzeczywistość. Jeśli bowiem traktuję JA jako realny, fizyczny byt, który doświadcza, interpretuje i działa, to nie mogę pominąć tego, w czym owo doświadczanie i działanie się odbywa.
JA nie istnieje w próżni. Jest zanurzone w świecie, który nie zależy od moich myśli, przekonań ani emocji. To właśnie kontakt z tym światem – z rzeczywistością obiektywną – stanowi punkt odniesienia dla wszystkich moich przeżyć wewnętrznych. Myśli, emocje i wyobrażenia nie pojawiają się „znikąd”; są odpowiedzią organizmu i umysłu na coś, co się wydarza lub co zostało wcześniej zapamiętane.
Dlatego rozróżnienie między rzeczywistością a jej interpretacją staje się dla mnie kluczowe. JA doświadcza świata zawsze pośrednio – poprzez zmysły, pamięć i wcześniejsze doświadczenia – ale to nie znaczy, że świat sprowadza się do tych doświadczeń. Rzeczywistość istnieje niezależnie ode mnie, natomiast ja mam jedynie dostęp do jej roboczej wersji, tworzonej w moim umyśle.
To napięcie między tym, co obiektywne, a tym, co subiektywne, nie jest błędem ani defektem. Jest warunkiem ludzkiego funkcjonowania. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy JA traci zdolność weryfikowania własnych interpretacji w kontakcie z rzeczywistością i z innymi ludźmi. Wtedy subiektywne doświadczenie zaczyna zastępować świat, a nie go opisywać.
W tym sensie odpowiedzialność, o której pisałem w kontekście JA, nie dotyczy wyłącznie działań, lecz także interpretacji. Bycie samodzielnym oznacza dla mnie nie tylko podejmowanie decyzji, ale również gotowość do ich korygowania w świetle tego, co wydarza się poza mną. JA pozostaje sprawcze nie wtedy, gdy ma rację, lecz wtedy, gdy potrafi zachować kontakt z rzeczywistością.
Z tego punktu widzenia moje dalsze rozważania o rzeczywistości nie są odejściem od tematu JA, lecz jego naturalnym rozwinięciem. Skoro to JA myśli, odczuwa i decyduje, to musi ono nieustannie konfrontować własne wewnętrzne mapy z terenem, po którym się porusza. To właśnie w tej konfrontacji – często niewygodnej, czasem bolesnej – kształtuje się zarówno świadomość tego co jest, jak i realna samodzielność.
Rzeczywistość – rozumienie robocze
Podobnie jak w przypadku pojęcia JA, także do pojęcia rzeczywistości podchodzę w sposób możliwie prosty i roboczy. Używam tego słowa wtedy, gdy chcę odróżnić to, co faktycznie się dzieje, od tego, co jedynie sobie wyobrażam.
W najbardziej ogólnym sensie przyjmuję, że obiekty, zjawiska oraz prawa przyrody istnieją niezależnie od tego, czy człowiek je dostrzega i opisuje. Gdyby gatunek ludzki zniknął z Ziemi, planeta nadal by istniała i – najprawdopodobniej – nie miałaby z tego powodu żadnego problemu. To założenie porządkuje dla mnie hierarchię: człowiek jest częścią świata, a nie jego centrum.
Jednocześnie mam świadomość, że każdy opis rzeczywistości jest przybliżeniem. Posługujemy się modelami, uproszczeniami i prawdopodobieństwem. To, co dziś uznajemy za pewne, jutro może zostać zakwestionowane albo włączone w szerszy kontekst. W tym sensie rzeczywistość nie przestaje istnieć, ale moje jej rozumienie nieustannie się zmienia – podobnie jak zmieniają się pytania, które zadaję o codzienne życie.
W moim doświadczeniu istnieje przede wszystkim interpretacja rzeczywistości obiektywnej. Często spotykam się z określeniem, że „każdy ma swój własny świat”. Rozumiem sens tej metafory, ale świadomie z niej nie korzystam. Bardziej przekonuje mnie myśl, że każdy z nas ma własną interpretację wspólnego świata. Różnica jest istotna. To ja jestem w świecie, a nie świat we mnie. To ja mam się do rzeczywistości adaptować, a nie ona do moich wyobrażeń. Jestem elementem natury, powstałem z niej i w niej funkcjonuję.
To rozróżnienie stało się dla mnie szczególnie wyraźne w bezpośrednim kontakcie z osobami dotkniętymi demencją. Ludzie ci, częściowo lub całkowicie, tracą kontakt z rzeczywistością obiektywną. Ich doświadczenie coraz bardziej zamyka się w obrębie tego, co dzieje się w ich umyśle. Rezultaty życia wyłącznie w świecie własnych doznań i treści wewnętrznych nie wyglądają dobrze – niedostosowanie do rzeczywistości objawia się stopniową utratą samodzielności.
Kilka z takich doświadczeń zapamiętałem szczególnie wyraźnie. Wraz z koleżankami i kolegami przygotowywaliśmy śniadania dla rezydentów domu opieki. Po krótkiej, logicznej rozmowie z jednym z mieszkańców, podałem mu posiłek. W pewnym momencie poprosił mnie o sól. Odpowiedziałem, że solniczka stoi na stole, tuż za jego talerzem. Rezydent zrozumiał moją odpowiedź, jego wzrok zaczął przeszukiwać stół, ale nie potrafił rozpoznać solniczki. Patrzył kolejno na pojemniki z przyprawami, talerz, sztućce – bez rezultatu. Gdy podałem mu solniczkę do ręki, wiedział, co z nią zrobić, lecz zamilkł, lekko zawstydzony.
Solniczka istniała w rzeczywistości obiektywnej. Rezydent wiedział, czym jest sól i do czego służy, ale jej wizualna reprezentacja przestała być dla niego dostępna. W jego subiektywnym doświadczeniu sól istniała, lecz bez obrazu, który pozwalałby ją rozpoznać.
Innym razem jedna z rezydentek, zwykle jedząca śniadania w swoim pokoju, leżąc w łóżku, prowadziła głośny, pełen irytacji dialog z kimś, kogo nie było. Gdy zbliżałem się do drzwi, słyszałem jej słowa: „Idź stąd, nie chcę, idź stąd…”. Po zapukaniu rozmowa się urywała. Wchodziłem do pokoju, podawałem jej posiłek, a ona witała mnie spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło. Postać, do której mówiła, była realna w jej doświadczeniu, ale nie istniała w rzeczywistości obiektywnej. Co ciekawe, za każdym razem rezydentka była świadoma mojego wejścia i przerywała swój monolog.
Podobne wrażenie towarzyszyło mi i mojej żonie, podczas wizyty w szpitalu u bliskiej nam osoby. W trakcie rozmowy nasz znajomy, który od zawsze podkreślał piękno kobiet, nagle spojrzał na ścianę i w całkowitym oderwaniu od tematu naszej rozmowy, z zachwytem powiedział: „Popatrz, jaka jest piękna”. Po kilku sekundach wrócił do rozmowy, jakby nic się nie stało. Nigdy nie pytał, czy widzimy to samo. Nie potrzebował potwierdzenia swojego doświadczenia, co z reguły człowiek świadomy robi.
Te zdarzenia traktuję jako fakty – wydarzyły się niezależnie od moich opinii, uczuć czy przekonań. Były „na zewnątrz” mnie, dostępne również innym obserwatorom. Natomiast ich znaczenie i wyjaśnienie pozostają kwestią interpretacji. Każdy z nas mógłby zrozumieć je inaczej. Przykład z nierozpoznaniem solniczki można odczytać jako dowód na istnienie odmiennych „światów”, ale można też uznać, że mamy do czynienia z jednym światem oraz różnym stopniem dostępu do jego reprezentacji.
Nieznanych zjawisk jest wiele, lecz zawsze więcej jest ich interpretacji. To jeden z powodów, dla których staram się nie przyjmować żadnego wyjaśnienia wyłącznie na wiarę, tylko dlatego, że pasuje do mojej osobistej układanki. Opisane tu sytuacje interpretuję na podstawie potocznej wiedzy i własnego doświadczenia, nie roszcząc sobie prawa do naukowej precyzji.
Z czasem nauczyłem się, że każda moja – nawet najbardziej przekonująca czy atrakcyjna – interpretacja rzeczywistości jest ostatecznie weryfikowana w świecie, w którym istnieją inni ludzie, zwłaszcza ci najbliżsi. Ilość błędnych opinii i sądów, które w ciągu życia przyszło mi korygować, wytworzyła we mnie dystans nie tylko wobec cudzych przekonań, ale przede wszystkim wobec własnych, spontanicznych reakcji. I ten dystans traktuję dziś jako jeden z warunków zachowania samodzielności.
Na tym etapie celowo zatrzymuję się na poziomie doświadczeń i roboczych pojęć. Nie próbuję jeszcze wyjaśniać sobie, dlaczego umysł działa tak, a nie inaczej, ani w jaki sposób powstają emocje, interpretacje i poczucie sprawczości.
Wiem jednak jedno: jeśli samodzielność ma być czymś więcej niż hasłem, a samopoczucie czymś trwalszym niż chwilowym nastrojem, muszę lepiej zrozumieć, jak mój umysł przewiduje rzeczywistość i jak konstruuje to, co przeżywam jako „wewnętrzny świat”.
Od tego momentu pytanie przestaje brzmieć: co czuję?
Coraz częściej brzmi: jak to się w ogóle dzieje, że czuję właśnie to?
Część II: Ja jako przewidująca maszyna
Wstęp: Nie reaguję na Świat, ja go przewiduję

Prawdopodobnie wszyscy to robimy, choć rzadko się nad tym zastanawiamy. Przewiduję, jak będzie wyglądał mój dzień. Przewiduję, kogo spotkam i jak ta osoba może się zachować. Przewiduję, co zrobię po wyjściu z domu, w pracy, w relacji z innymi.
Nie oznacza to jednak, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Są zdarzenia nagłe, wybijające z rytmu — takie, których nie da się przewidzieć w szczegółach. Telefon, którego się nie spodziewałem. Pukanie do drzwi. Awaria samochodu w drodze do pracy. W takich momentach, wydaje się, że reaguję „na żywo”, bez przygotowania.
Ale nawet wtedy nie reaguję z absolutnej pustki. Moja reakcja jest osadzona w bardziej ogólnych oczekiwaniach, takich jak: pukanie do drzwi oznacza czyjąś obecność, że telefon niesie informację, że awaria wymaga rozwiązania. Nie przewiduję konkretu, ale przewiduję ramę sytuacji, przewiduję jej sens. I to wystarcza, by uruchomiły się emocje, napięcie, działanie.
Nawet najgwałtowniejsza reakcja nie jest więc czystą reakcją. Jest zderzeniem tego, co się wydarzyło, z tym, co mój umysł uznawał za możliwe. Wyjątkiem od takich sytuacji są zdarzenia, które powodują „zatrzymanie”. Coś się wydarzyło i mnie „zamurowało”, takie chwilowe zawieszenie, wydaje się świadczyć o tym, że mój mózg nie znalazł niczego podobnego w swym doświadczeniu, do tego co się wydarzyło. Trwa to chwilę i nie zdarza się często.
I tu pojawia się pytanie kluczowe:
czy zastanawiam się nad skutecznością własnych przewidywań?
I czy widzę, jaki wpływ mają one na moje samopoczucie?
Bo jeśli moje przewidywania są nietrafne — jeśli spodziewam się zagrożenia tam, gdzie go nie ma, albo bezpieczeństwa tam, gdzie go brakuje — to całe moje funkcjonowanie zaczyna się chwiać. Pojawia się napięcie, lęk, frustracja albo przeciwnie: nieuzasadniona euforia, rozproszenie, brak czujności.
Gdy używam słowa samopoczucie, mam na myśli bardzo szeroki zakres zjawisk: emocje, odczucia z ciała, przeczucia, intuicje, wewnętrzny dialog. Psycholog, neurolog czy filozof umysłu zapewne rozróżniałby te procesy precyzyjniej. Ja tego nie robię — nie dlatego, że nie ma to sensu, lecz dlatego, że nie to jest moim celem.
Moim celem jest zrozumienie, jak to wszystko działa razem i jak mogę mieć na to realny, świadomy wpływ.
Mózg jako biologiczna maszyna do przewidywania
Gdy zacząłem szukać odpowiedzi, trafiłem na coś, co początkowo mnie zaskoczyło, a potem wydało się aż nazbyt oczywiste: mózg nie jest przede wszystkim organem reagującym. Jest biologiczną maszyną do przewidywania przyszłości.
Mózg siedzi sobie zamknięty w czaszce — między uszami, za nosem — i nie ma bezpośredniego dostępu do świata. Nie widzi rzeczywistości takiej, jaka „jest”. Docierają do niego jedynie sygnały: impulsy z receptorów wzroku, słuchu, dotyku, równowagi, wnętrza ciała.
Żeby w ogóle móc funkcjonować, musi nieustannie zgadywać, co te sygnały oznaczają i co za chwilę się wydarzy.
Jedna z teorii próbujących to opisać nazywa się teorią kodowania predykcyjnego (predictive coding). W uproszczeniu mówi ona tyle: mózg buduje wewnętrzne modele świata i na ich podstawie przewiduje, jakie informacje powinny do niego napływać. Następnie porównuje to, czego się spodziewał, z tym, co faktycznie odebrał za pomocą zmysłów.
Nie jest więc tak, że siedzę sobie jak pusty bęben i dopiero gdy coś we mnie uderzy, reaguję. Raczej cały czas spodziewam się uderzenia albo jego braku. Reagowanie jest wtórne wobec przewidywania.
Gdy wchodzę do drewnianego kościoła, nie zakładam, że spadnie mi na głowę cegła. Mój mózg ma model: drewniany kościół, stabilna konstrukcja, brak zagrożenia. Dzięki temu mogę spokojnie chłonąć atmosferę miejsca. Jeśli jednak cegła faktycznie spadnie, pojawi się silny błąd przewidywania — bolesny sygnał, który zmusi mnie do aktualizacji tego modelu.
To przykład przerysowany, ale dobrze pokazuje sedno sprawy: mózg chce być gotowy.
Chce minimalizować zaskoczenia, bo zaskoczenia są kosztowne — energetycznie i egzystencjalnie.
I tu zaczyna się dla mnie rzecz kluczowa. Skoro mózg nieustannie przewiduje świat zewnętrzny, to musi też przewidywać mnie samego: moje reakcje, emocje, granice, możliwości. A jeśli tak — to samopoczucie nie jest czymś, co po prostu „się dzieje”, lecz czymś, co powstaje w tym procesie przewidywania.
I właśnie do tego punktu chcę dalej zmierzać.
Modele świata – w czym tak naprawdę żyję
Jeżeli mózg nieustannie przewiduje to, co ma się wydarzyć, musi się na czymś opierać. Nie może zgadywać w ciemno. Potrzebuje punktu odniesienia. Tym punktem są modele świata, które nieustannie tworzy i aktualizuje.
Mój mózg nie ma bezpośredniego dostępu do rzeczywistości. Ma dostęp jedynie do sygnałów — impulsów nerwowych płynących z receptorów wzroku, słuchu, dotyku, równowagi oraz z wnętrza ciała. Na podstawie tych sygnałów buduje wewnętrzne reprezentacje: uproszczone, robocze wersje świata, innych ludzi i samego siebie.
Żyję więc nie w „nagiej rzeczywistości”, lecz w jej modelu.
Mam model swojego pokoju: wiem, gdzie stoją meble, gdzie są drzwi, okno, jak rozkłada się światło o różnych porach dnia. Dzięki temu poruszam się swobodnie, nie zastanawiam się nad każdym krokiem, nie analizuję położenia przedmiotów. Gdy coś jest nie na swoim miejscu — natychmiast to zauważam. To znak, że model został naruszony.
Podobnie jest z ludźmi. Mam model znajomego: jego sposób mówienia, reagowania, to, co jest dla niego ważne, a co go irytuje. Dzięki temu mogę przewidywać przebieg rozmowy, unikać nieporozumień, czasem nawet domyślać się jego emocji. Gdy zachowa się zupełnie inaczej, niż się spodziewałem — pojawia się zaskoczenie, napięcie, potrzeba reinterpretacji.
Mam też model samego siebie. Obejmuje on nie tylko wygląd ciała czy poczucie ruchu, ale również emocje, myśli, granice, przekonania. Mam reprezentację własnego samopoczucia. Dzięki niej wiem, kiedy jestem zmęczony, głodny, rozdrażniony, a kiedy spokojny i skupiony. W moim rozumieniu ciało i umysł nie są dwoma oddzielnymi bytami — stanowią jedną całość, jeden system regulacji.
Kluczowe jest to, że większość tych modeli działa poza moją świadomością. Są automatyczne, wyuczone, utrwalone przez doświadczenie. Do świadomości dociera zazwyczaj tylko to, co najważniejsze — to, co wymaga korekty, decyzji albo reakcji.
Świadomość przypomina więc wierzchołek góry lodowej. Ogromna część pracy mojego umysłu odbywa się poza nią. I nie jest to wada systemu — przeciwnie. Gdyby wszystko musiało być świadomie analizowane, nie byłbym w stanie funkcjonować.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy modele stają się sztywne, a ja przestaję je aktualizować. Gdy traktuję swoje wewnętrzne reprezentacje jak obiektywną rzeczywistość, a nie jak robocze przybliżenia.
I tu dochodzę do pytania, które będzie powracać w kolejnych częściach: co sprawia, że jedne modele są korygowane, a inne trwają mimo oczywistych błędów?
Do tego potrzebuję kolejnego elementu układanki: hierarchii modeli, uwagi i błędu predykcji.
Hierarchia modeli i moment, w którym budzi się świadomość
Skoro mózg tworzy ogromną liczbę modeli rzeczywistości, nie wszystkie mogą być równie ważne. Nie wszystkie wymagają takiego samego poziomu uwagi. Gdyby każdy szczegół był traktowany tak samo, system szybko by się przeciążył.
Coraz bardziej przekonuje mnie myśl, że modele świata są hierarchiczne. Są modele bardzo ogólne i modele szczegółowe. Są takie, które dotyczą podstawowych warunków istnienia, i takie, które odnoszą się do drobnych detali codzienności. I co istotne — większość z nich działa poza moją świadomością.
Świadomość nie towarzyszy każdemu procesowi. Raczej pojawia się punktowo, wtedy, gdy jest potrzebna.
Dobrym przykładem jest zwykły spacer po parku w ciepły, słoneczny dzień. Idę, rozmawiam, myślę o czymś innym. Nie skupiam się na każdym kroku, nie analizuję pracy mięśni, utrzymywania równowagi, ułożenia stóp. Te procesy są wyuczone, automatyczne, obsługiwane przez niższe poziomy przetwarzania. Mój ogólny model sytuacji brzmi: bezpiecznie, stabilnie, przyjemnie.
I nagle potykam się o nierówność ścieżki.
W jednej chwili cała uwaga zostaje przyciągnięta do ciała, równowagi, otoczenia. Jakby coś we mnie powiedziało: uważaj. Ten moment — moment potknięcia — jest momentem błędu. Coś nie zgodziło się z przewidywaniem. Model „bezpiecznego spaceru” został chwilowo naruszony.
I właśnie wtedy pojawia się świadomość.
Zaczynam rozumieć świadomość nie jako stały stan, lecz jako instancję alarmową. Coś w rodzaju najwyższego poziomu zarządzania, który uruchamia się wtedy, gdy automatyczne modele przestają wystarczać. Im większe potencjalne zagrożenie dla istnienia, tym silniejsze „przebudzenie”.
Ten mechanizm widać jeszcze wyraźniej, gdy zmieni się kontekst. Podczas wędrówki górskim szlakiem sytuacja jest inna. Tu ogólny model od początku zakłada większe ryzyko. Uwaga jest aktywna niemal cały czas. Każdy krok wymaga świadomego nadzoru, bo potencjalny błąd może mieć poważne konsekwencje.
Jakby mózg, bazując na wcześniejszych doświadczeniach i wiedzy, podnosił próg czujności. Przewiduje większe prawdopodobieństwo błędu, więc angażuje świadomość wcześniej, zanim coś się wydarzy.
To prowadzi mnie do ważnego wniosku:
świadomość nie służy komfortowi, lecz adaptacji.
Nie pojawia się po to, by było mi przyjemnie, ale po to, bym mógł zareagować, gdy coś zaczyna odbiegać od przewidywań. Jest narzędziem korekty, a nie jedynie stałym obserwatorem.
Zaczynam też dostrzegać, że między różnymi modelami istnieje coś w rodzaju rywalizacji. W modelu: „spacer po parku” model przyjemności i relaksu dominuje nad modelem utrzymywania równowagi — dopóki wszystko działa. W górach proporcje się odwracają: model bezpieczeństwa fizycznego zyskuje pierwszeństwo.
To pokazuje, że to, co dociera do mojej świadomości, nie jest obiektywnym obrazem rzeczywistości, lecz wynikiem selekcji. Mózg decyduje, co w danym momencie jest ważniejsze dla mojego funkcjonowania i przetrwania.
A skoro tak, to pojawia się pytanie znacznie trudniejsze: co dzieje się, gdy błędy predykcji nie dotyczą już kroków czy równowagi, lecz relacji, przekonań i obrazu samego siebie?
Bo jeśli potknięcie na ścieżce potrafi „obudzić” świadomość w ułamku sekundy, to co dzieje się, gdy potykam się w myśleniu o sobie, o innych ludziach, o świecie?
Do tego punktu prowadzi mnie kolejny krok: predykcja jako bezpieczeństwo, kontrola i oszczędność energii.
Przewidywanie jako bezpieczeństwo, kontrola i oszczędzanie energii
Im dłużej przyglądam się temu, jak działa przewidywanie, tym wyraźniej widzę, że nie chodzi w nim o poznawanie prawdy o świecie. Chodzi o bezpieczeństwo.
Niepewność sama w sobie jest problemem. Nie dlatego, że coś złego musi się wydarzyć, ale dlatego, że mózg nie wie, jak się przygotować. A brak przygotowania oznacza zwiększone ryzyko błędu. Błąd z kolei kosztuje — energię, zasoby, czas, a czasem zdrowie lub życie.
Z tej perspektywy przewidywanie nie jest luksusem ani ciekawością intelektualną. Jest strategią przetrwania. Im lepiej przewiduję, tym większe mam poczucie kontroli nad sytuacją. A kontrola — nawet pozorna — obniża napięcie i pozwala działać sprawniej.
Wystarczy prosty przykład. Gdy widzę zbliżające się ciemne chmury, zabieram ze sobą parasol. Nie zapobiegam deszczowi, ale minimalizuję jego konsekwencje. Moje ciało pozostanie suche, nie wychłodzę się, nie będę musiał zużywać dodatkowej energii na ogrzanie organizmu. To drobna decyzja, ale dokładnie pokazuje sens przewidywania.
Mózg nie dąży więc do absolutnej pewności. Dąży do wystarczającej przewidywalności, która pozwala mu gospodarować energią. A energia jest walutą podstawową.
Mózg stanowi zaledwie kilka procent masy ciała, a zużywa znaczną część jego energii. Każde przetwarzanie informacji, każda korekta, każda nieoczekiwana zmiana kosztuje. Dlatego wszelkie uproszczenia, schematy, nawyki i skróty myślowe mają głęboki sens biologiczny — pozwalają oszczędzać zasoby.
Zaczynam rozumieć, że to właśnie dlatego mózg tak bardzo nie lubi zaskoczeń. Nowe, nieznane sytuacje wymagają intensywnej pracy: analizy, porównań, korekt. Dopóki coś nie zostanie oswojone i włączone w model świata, jest „droższe” energetycznie.
Być może stąd bierze się zjawisko nudy. Po co przeznaczać energię na coś, co nie wnosi nic nowego i nie jest istotne dla przetrwania? Być może senność w pewnych sytuacjach nie jest lenistwem, lecz sygnałem: to nie jest teraz ważne.
Z drugiej strony mózg nie znosi całkowitej niewiedzy. Gdy nie wie, co jest „za rogiem”, napięcie rośnie. Pojawia się potrzeba sprawdzenia, wyjaśnienia, rozwiązania zagadki. Ciekawość — nawet ta naukowa czy odkrywcza — może mieć swoje korzenie właśnie tutaj: w dążeniu do zmniejszenia niepewności.
Zastanawiam się, czy postęp technologiczny — od opanowania ognia po skomplikowane maszyny — nie jest w dużej mierze historią optymalizacji energetycznej. Ogień ogrzewał, odstraszał drapieżniki i pozwalał lepiej przetwarzać pokarm. Narzędzia zmniejszały wysiłek fizyczny. Maszyny przejmowały pracę wymagającą ogromnych nakładów energii.
W tym sensie mózg nie tylko przewiduje świat — on przewiduje koszt działania w świecie.
I tu pojawia się ważne napięcie. Z jednej strony mózg dąży do stabilności i oszczędności. Z drugiej — potrzebuje aktualnych, trafnych modeli rzeczywistości. Zbyt sztywne przewidywania prowadzą do błędów. Zbyt częste korekty są energochłonne.
To napięcie rozgrywa się nie tylko na poziomie ruchu czy percepcji, ale również w sferze myśli, przekonań i relacji. Utrzymywanie błędnych przekonań może być energetycznie tańsze niż ich zmiana. I być może dlatego tak często bronię swoich interpretacji, nawet gdy rzeczywistość wysyła inne sygnały.
Tu właśnie zaczyna się temat, który jest dla mnie kluczowy:
co dzieje się, gdy przewidywania okazują się błędne?
Bo jeśli przewidywanie jest strategią bezpieczeństwa, to błąd predykcji jest momentem, w którym system zostaje zmuszony do zmiany. A to prowadzi mnie bezpośrednio do kolejnego etapu: błędu predykcji i jego roli w uczeniu się — albo w uporczywym trwaniu przy tym, co znane.
Błąd predykcji – czyli moment, w którym coś się naprawdę zmienia
Jeżeli przewidywanie jest podstawowym sposobem funkcjonowania mózgu, to błąd predykcji jest momentem granicznym. Punktem, w którym coś się nie zgadza. W teorii kodowania predykcyjnego błąd ten oznacza rozbieżność pomiędzy tym, czego mój mózg się spodziewał, a tym, co faktycznie do niego dotarło — poprzez zmysły, ciało, sytuację.

Najprościej widać to na poziomie doznań fizycznych. Chwytam za rączkę patelni, spodziewając się, że będzie chłodna — a ona jest gorąca. Przewidywanie było błędne. Informacja zwrotna jest natychmiastowa i intensywna. Pojawia się ból. Ten sygnał trudno zignorować.
W takich sytuacjach zmiana modelu wydaje się oczywista. Następnym razem zachowam ostrożność. Sprawdzę temperaturę. Moje przewidywania zostaną skorygowane. Błąd był kosztowny, więc aktualizacja modelu ma sens.
Ale im wyżej przesuwam uwagę — od ruchu i percepcji ku myślom, przekonaniom i relacjom — tym sprawa staje się mniej oczywista.
Bo czym jest błąd predykcji w relacji z drugim człowiekiem?
Czym jest wtedy, gdy ktoś zachowuje się inaczej niż się spodziewałem?
Albo gdy sytuacja, którą uważałem za bezpieczną, okazuje się trudna lub bolesna?
Tu również pojawia się rozbieżność. Przewidywałem jedno — wydarzyło się coś innego. I tu również pojawia się sygnał błędu. Tyle że nie jest on prostym bólem fizycznym, lecz doświadczeniem emocjonalnym: zaskoczeniem, rozczarowaniem, złością, smutkiem, czasem wstydem.
Zaczynam rozumieć, że emocje bardzo często są właśnie nośnikiem informacji o błędzie predykcji. Mówią: coś się nie zgadza. Coś w moim modelu świata, ludzi albo samego siebie wymaga korekty.
Problem polega na tym, że w przeciwieństwie do gorącej patelni, błąd na poziomie przekonań czy relacji nie zawsze jest jednoznaczny. Mogę zaktualizować model — albo mogę go bronić.
Mogę powiedzieć:
„Błędnie przewidywałem Twoje zachowanie”
albo:
„To Ty zachowałeś się niewłaściwie”.
Z punktu widzenia energii psychicznej ta druga opcja bywa tańsza. Nie wymaga zmiany przekonań, nie narusza obrazu siebie ani świata. Pozwala zachować poczucie racji, a tym samym — kontroli.
I tu dochodzę do wniosku, który nie jest dla mnie komfortowy:
mózg niekoniecznie dąży do prawdy. Dąży do minimalizacji błędów.
A jednym ze sposobów minimalizowania błędów jest… unikanie ich dostrzegania.
Jeżeli mam ugruntowane przekonanie, że jakaś sytuacja jest nudna, niebezpieczna albo bez sensu, mój umysł będzie miał tendencję do wyszukiwania potwierdzeń tej tezy. W ten sposób predykcja się „sprawdza”, a model pozostaje nienaruszony. Energia zostaje zaoszczędzona. Kontrola — zachowana.
Im dłużej trwam w danym przekonaniu, tym bardziej staje się ono odporne na korektę. Paradoksalnie więc doświadczenie i wiek nie zawsze prowadzą do mądrości. Mogą prowadzić do utrwalenia błędnych modeli, jeśli zabraknie świadomej refleksji.
Zaczynam widzieć, że uczenie się nie polega wyłącznie na doświadczaniu błędów. Polega na gotowości do ich uznania. Na pozwoleniu sobie, by sygnał błędu dotarł wyżej — do świadomości — zamiast zostać natychmiast zagłuszonym interpretacją, racjonalizacją albo obroną.
Bez tej gotowości błąd predykcji nie prowadzi do aktualizacji. Prowadzi jedynie do napięcia, frustracji albo obwiniania świata. I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie przestrzeń realnej samodzielności.
Nie w kontrolowaniu świata, lecz w kontrolowaniu sposobu, w jaki reaguję na własne błędy przewidywania.
Bo jeśli potrafię zatrzymać się w momencie rozbieżności i zapytać:
„Co dokładnie przewidywałem?”
„Co faktycznie się wydarzyło?”
„Który model właśnie się rozsypał?”
to pojawia się szansa na zmianę, a nie tylko na powtórzenie starego schematu.
To prowadzi mnie do kolejnego pytania: dlaczego tak często nie aktualizujemy modeli, mimo że błędy są oczywiste? I to będzie temat następnej części: aktualizacja albo obrona — dlaczego mózg tak łatwo wybiera to, co znane.
Aktualizacja czy obrona – dlaczego tak trudno zmienić własne przewidywania
Skoro błąd predykcji jest sygnałem do zmiany, pojawia się pytanie, które nie daje mi spokoju:
dlaczego tak często nie aktualizuję swoich modeli, mimo że coś wyraźnie się nie zgadza?
Dlaczego trwam przy starych interpretacjach, nawet gdy przynoszą napięcie, frustrację albo powtarzające się porażki?
Jedna z możliwych odpowiedzi jest zaskakująco prosta: obrona bywa tańsza niż aktualizacja.
Zmiana modelu świata, drugiego człowieka albo samego siebie nie jest drobną korektą. Często oznacza przebudowę całej sieci powiązań: przekonań, oczekiwań, planów, narracji o sobie. To kosztuje energię. To narusza poczucie ciągłości i kontroli.
Obrona natomiast — przeciwnie. Pozwala zachować to, co znane. Nawet jeśli jest to niewygodne, bolesne albo ograniczające. „Ja się nie nadaję do zarabiania pieniędzy”, „Nie mam talentu do języków obcych”, „Sprzątanie domu jest niemęskie” ….
Zaczynam rozumieć, że wiele mechanizmów, które potocznie nazywamy „racjonalizacją”, „wyparciem” czy „zaprzeczeniem”, można opisać jako strategie minimalizacji błędu bez zmiany modelu. Zamiast aktualizować przewidywania, reinterpretuję zdarzenia tak, by nadal do nich pasowały. „On zawsze tak robi”, „Ona nigdy się tego nie nauczy”, „Taki już jest mój los” ….
To, co mnie szczególnie uderza, to rola lęku w tym procesie.
Długo funkcjonowało we mnie powiedzenie: „nie możesz bać się czegoś, czego nie znasz”. Dopiero teraz zaczynam bardziej to rozumieć, bo lęk nie opiera się na niewiedzy — lęk opiera się na przewidywaniu.
Nie boję się pustki. Boję się tego, co mój umysł w tę pustkę wstawia. Wyobrażonych konsekwencji, scenariuszy, zagrożeń. Lęk wymaga modelu — nawet jeśli jest on bardzo uproszczony, zniekształcony albo oparty na pojedynczym doświadczeniu.
W tym sensie lęk jest paradoksalnie dowodem na działanie przewidywania. Mój mózg „wie”, co się stanie — lub raczej sądzi, że wie — i reaguje, zanim zdarzenie nastąpi.
I tu pojawia się kolejna trudność. Jeżeli przewidywanie dotyczy zagrożenia, aktualizacja modelu staje się ryzykowna. Bo zmiana przewidywania oznacza chwilowy brak orientacji. A brak orientacji jest sam w sobie niebezpieczny.
Lepiej więc trzymać się znanego lęku niż wejść w nieznane bez żadnego modelu.
Zaczynam dostrzegać, że wiele schematów emocjonalnych działa dokładnie w ten sposób. Powtarzalny lęk, napięcie czy poczucie winy stają się przewidywalne. A skoro są przewidywalne, mózg potrafi się do nich przygotować. Koszt emocjonalny rozkłada się w czasie. System pozostaje względnie stabilny.
Zmiana — nawet potencjalnie na lepsze — oznacza utratę tej stabilności.
To prowadzi mnie do wniosku, który jest jednocześnie trudny i uwalniający:
nie opieram się zmianie dlatego, że jestem irracjonalny, lecz dlatego, że mój umysł chroni spójność swoich modeli.
Jeśli tak jest, to praca nad samodzielnością nie polega na „zwalczaniu lęku” ani na siłowym przełamywaniu schematów. Polega raczej na tworzeniu warunków, w których aktualizacja modelu staje się bezpieczna.
A to prowadzi mnie bardzo blisko emocji — nie jako przeszkody, lecz jako narzędzia regulacji przewidywania.
Emocje – nie jestem na ich łasce
„Nie jesteś na łasce swoich emocji – tworzy je twój mózg”.
To tytuł wystąpienia Lisy Feldman Barrett na TED i jednocześnie myśl, która porządkuje wszystko, co do tej pory rozważałem.

Barrett od ponad 30 lat bada emocje, analizując fizjologię, obrazowanie mózgu i setki badań empirycznych. Jej wniosek jest jednoznaczny: emocje nie są wrodzonymi, automatycznymi reakcjami, zakodowanymi w specyficznych „układach emocjonalnych”. Takich układów po prostu nie ma.
Klasyczne podejście zakładało istnienie wrodzonych obwodów strachu, złości, smutku czy przyjemności – wspólnych dla wszystkich ludzi. W tym ujęciu emocje miały być czymś, co „się nam przydarza”. Determinizm emocjonalny w czystej postaci. Tymczasem badania temu przeczą.
Emocje – jak mówi Barrett – są domysłami. Są tworzone na bieżąco przez mózg, który nie reaguje na świat, lecz go przewiduje. Przewidywanie jest podstawową funkcją mózgu.
Dobrym przykładem jest eksperyment z czarno-białymi plamami. Patrzę na ekran z rysunkiem czarno-białych plam. Dopóki nie znam kontekstu, widzę chaos. Mój mózg nie ma do czego porównać tego rysunku, nie ma doświadczenia. Gdy choć na chwilę, plamy zamienią się w oryginalne kolory tego obrazka, dostrzegam obraz węża. Gdy obraz powraca do czarno-białych kolorów mój mózg natychmiast „odnajduje” rysunek węża w tych plamach. Wąż nie pojawił się na obrazku – pojawił się w mojej interpretacji. Ten mechanizm nazywa się przewidywaniem. Albo, jak mówią neuronauki, kontrolowaną halucynacją.
Tak właśnie działa mózg – nie pyta: „co to jest?”, tylko: „co to przypomina?”. I dokładnie w ten sam sposób tworzy emocje.
Nie widzę świata takim, jaki jest. Widzę świat tak, jak mój mózg go interpretuje na podstawie wcześniejszych doświadczeń. To dotyczy także ludzi, relacji i… samego siebie.
Dlatego to nie druga osoba „działa” na mnie emocjonalnie. To ja, na podstawie własnych przewidywań i interpretacji, działam na siebie. To nie ona mnie złości – to ja wytwarzam złość. Przeniesienie odpowiedzialności z zewnątrz do wewnątrz zmienia bardzo dużo, zwłaszcza w relacjach.
Nie oznacza to, że sytuacje zewnętrzne nie mają znaczenia — oznacza jedynie, że moje doświadczenie emocjonalne powstaje jako interpretacja tych sytuacji w mózgu.
Mózg nie odczytuje emocji z twarzy innych ludzi. On je przewiduje, łącząc ruch, kontekst i wcześniejsze doświadczenia. Kamienna twarz może oznaczać agresję, ale równie dobrze spokój albo rezygnację. Bez kontekstu nie ma emocji.
To samo dotyczy autorefleksji. Żeby zrozumieć własne emocje, muszę rozpoznać kontekst, w którym powstały.
Barrett rozróżnia tu jeszcze jedną ważną rzecz. Mózg ma wrodzone odczucia cielesne – pobudzenie, spokój, dyskomfort, napięcie. Są one jak barometr stanu organizmu. Same w sobie nie są emocjami. Dopiero gdy mózg połączy je z kontekstem i przewidywaniem, powstaje emocja.
Skurcz żołądka w piekarni może oznaczać głód i przyjemność. Ten sam skurcz w szpitalu może zostać zinterpretowany jako lęk. To to samo odczucie fizyczne, ale zupełnie inne doświadczenie.
Kluczowy wniosek jest prosty:
emocje są konstruowane.
Powstają z czterech elementów:
- PRZEWIDYWANIE – mózg zgaduje co się stanie.
- SENSACJE CIELESNE – odczucia z ciała.
- KONTEKST – sytuacja, w której się znajduję lub wyobrażenie sytuacji.
- JĘZYK / KULTURA – słowa i pojęcia, którymi opisuję odczucia. Często samo określenie tego jak się czuję, może zmienić intensywność odczucia. Kultura również ma, w moim przekonaniu zasadnicze znaczenie i decyduje o tym jak myślę, jak się zachowuje. Bo przecież codzienność, wiedza, informacje, filmy, książki, zachowanie w rodzinie i zachowanie sąsiada dostarcza nam nieskończenie wiele impulsów, bodźców, które nasz mózg nie tylko pochłania, ale interpretuje. Stanowi to wszystko materiał, który tworzy nas. Nas w relacji do rzeczywistości.
Te elementy tworzą pętlę. Nie ma jednego punktu startowego. Wystarczy zmiana jednego składnika, by zmieniło się doświadczenie emocjonalne.
To oznacza, że mam nad emocjami więcej wpływu, niż mi się wydaje. Nie poprzez magiczne sztuczki ani „pozytywne myślenie”, ale przez stopniową zmianę interpretacji i przewidywań. Mózg uczy się przez powtarzalność.
Jeśli przed egzaminem interpretuję pobudzenie jako lęk – paraliżuje mnie. Jeśli nauczę się interpretować je jako mobilizację – działa na moją korzyść. Badania pokazują, że to zmienia realne wyniki.
Podsumowanie teorii predykcji i konstruowania emocji
Jeżeli mózg nieustannie przewiduje, a błąd predykcji jest sygnałem, że coś się nie zgadza, to emocje można rozumieć jako mechanizm regulacji tej rozbieżności. Nie są więc ani wrogiem racjonalności, ani czystym impulsem, lecz formą informacji i działania jednocześnie.
Gdy wydarza się coś nieoczekiwanego, system musi zareagować szybko. Zanim zdążę cokolwiek logicznie przeanalizować, pojawia się napięcie, przyspieszone tętno, zmiana oddechu, gotowość do ruchu. Te reakcje nie są przypadkowe. Są przygotowaniem ciała i umysłu do korekty.
W tym sensie emocje działają jak interfejs między przewidywaniem a działaniem.
Weźmy lęk. Jeśli mój mózg przewiduje zagrożenie — nawet potencjalne — emocja lęku mobilizuje zasoby. Zawęża uwagę, podnosi czujność, kieruje mnie ku zabezpieczeniu lub unikaniu. Lęk nie musi oznaczać realnego niebezpieczeństwa. Wystarczy, że model świata sugeruje jego możliwość.
Złość działa inaczej. Pojawia się często wtedy, gdy przewidywałem sprawiedliwość, współpracę albo przewidywalność, a spotkałem się z naruszeniem tych oczekiwań. Złość mobilizuje do działania naprawczego, do przywrócenia kontroli, do zmiany sytuacji lub granic.
Smutek z kolei może pojawić się wtedy, gdy aktualizacja modelu oznacza stratę. Gdy muszę uznać, że coś się nie wydarzy, że jakaś relacja, możliwość albo wizja przyszłości nie jest już dostępna. Smutek spowalnia. Wycofuje energię z działania i pozwala na reorganizację wewnętrznych modeli.
Z tej perspektywy emocje nie są „pozytywne” ani „negatywne”. Są funkcjonalne. Każda z nich niesie informację o stanie przewidywania i o tym, jaki rodzaj korekty jest w danym momencie najbardziej adaptacyjny.
To szczególnie ważne w kontekście teorii konstruowanych emocji. Emocja nie jest gotowym pakietem uruchamianym automatycznie przez bodziec. Jest interpretacją sygnałów z ciała i świata, opartą na wcześniejszych doświadczeniach, pojęciach i kontekście kulturowym.
Mój mózg nie „odkrywa”, że jestem zły czy przestraszony. On konstruuje te stany jako najlepsze możliwe wyjaśnienie tego, co się właśnie dzieje — zarówno wewnątrz mnie, jak i na zewnątrz.
To oznacza coś bardzo istotnego: jeśli emocje są konstrukcjami, to ich jakość i intensywność zależą od dokładności modeli, którymi dysponuję.
Jeżeli mój repertuar pojęć emocjonalnych jest ubogi, emocje będą bardziej chaotyczne, intensywne i trudniejsze do regulacji. Jeżeli moje przewidywania są sztywne, emocje będą często sygnalizować błędy, ale bez realnej aktualizacji.
Zaczynam rozumieć, że wiele trudnych stanów emocjonalnych nie wynika z „nadmiaru emocji”, lecz z utknięcia w pętli błędu predykcji. Coś się nie zgadza, emocja się pojawia, ale model nie zostaje zmieniony. Napięcie wraca. I znów wraca.
W tym sensie praca nad emocjami nie polega na ich tłumieniu ani „pozytywnym myśleniu”. Polega na zadawaniu lepszych pytań przewidywaniu:
- co dokładnie przewidywałem?
- na jakiej podstawie?
- czy ten model nadal ma sens?
- jakie inne wyjaśnienia są możliwe?
Emocja staje się wtedy sygnałem do refleksji, a nie impulsem do automatycznej reakcji.
I właśnie tutaj zaczyna się dla mnie najbardziej praktyczny wymiar tej teorii. Bo jeśli emocje są regulacją błędu predykcji, to świadoma praca z emocjami jest niczym innym jak świadomą pracą nad tym, jak przewiduję świat i siebie w tym świecie.
To otwiera przestrzeń do ostatniego, bardzo ważnego pytania:
jak praktykować tę świadomość na co dzień, bez zamieniania życia w nieustanną analizę?
Dla mnie właśnie tutaj zaczyna się samodzielność. Nie jako kontrola emocji, ale jako zdolność zauważania własnych przewidywań i – od czasu do czasu – ich świadomego korygowania.
Część III Samodzielność jako praktyka aktualizowania przewidywań.
Po przejściu przez przewidywanie, modele, błędy i emocje zaczynam widzieć samodzielność w zupełnie innym świetle. Nie jako niezależność od świata ani jako próbę pełnej kontroli nad sobą, lecz jako zdolność do bieżącej aktualizacji tego, jak rozumiem rzeczywistość i własne miejsce w niej.

Samodzielność nie polega na tym, że się nie mylę. Polega raczej na tym, że potrafię zauważyć moment, w którym się mylę — i nie uciekam przed nim automatycznie.
W codziennym życiu nie są to wielkie, filozoficzne chwile. To drobne pęknięcia w przewidywaniu:
– rozmowa, która potoczyła się inaczej, niż się spodziewałem,
– emocja, która pojawiła się „nieadekwatnie”,
– zmęczenie, które przyszło szybciej, niż planowałem,
– napięcie, które nie mija mimo logicznych argumentów.
Każda z tych sytuacji jest sygnałem. Nie o tym, że coś jest „ze mną nie tak”, lecz o tym, że jakiś model właśnie przestał działać.
Praktykowanie samodzielności zaczyna się więc od prostego przesunięcia uwagi. Z pytania: „jak to naprawić?” na pytanie: „co dokładnie przewidywałem, że teraz mnie to tak zaskakuje?”
Zamiast natychmiast reagować — tłumaczyć się, bronić, przyspieszać albo unikać — mogę zatrzymać się na moment. Nie po to, by wszystko analizować, lecz by dać świadomości szansę zadziałać.
Czasem wystarczy nazwać doświadczenie: „czuję napięcie”, „czuję złość”, „coś się we mnie nie zgadza”. Samo nazwanie jest już formą aktualizacji. Zmniejsza chaos sygnałów płynących z ciała i porządkuje je w coś, z czym mogę pracować.
Zaczynam też widzieć, że samodzielność nie oznacza samotności. Modele świata i siebie są współtworzone w relacjach. Rozmowa z drugim człowiekiem bywa jednym z najszybszych sposobów korekty przewidywań — o ile nie traktuję jej jako pola walki o rację, lecz jako wspólne testowanie modeli.
To, co nazywam „praktyką”, nie wymaga specjalnych warunków. Dzieje się w kuchni, w pracy, w relacji, w zmęczeniu, w konflikcie. Nie wymaga wycofania się z życia, lecz bliższego kontaktu z tym, co już się wydarza.
Z tej perspektywy samopoczucie przestaje być celem samym w sobie. Staje się wskaźnikiem jakości przewidywań. Jeśli moje modele są zbyt sztywne, samopoczucie będzie się pogarszać. Jeśli są bardziej elastyczne i aktualne, pojawi się więcej spokoju — nawet w trudnych sytuacjach.
Nie oznacza to życia bez emocji, błędów czy napięć. Oznacza raczej życie, w którym błędy nie muszą prowadzić do chaosu, a emocje nie muszą automatycznie przejmować kontroli.
Na tym etapie nie szukam już idealnych teorii ani ostatecznych odpowiedzi. Szukam wystarczająco dobrych przewidywań — takich, które pozwalają mi funkcjonować, uczyć się i być w relacji: ze sobą i z innymi.
I coraz wyraźniej widzę jeszcze jedno.
Nikt nie może wykonać tej pracy za mnie. Żaden system, żadna metoda, żaden nauczyciel ani żaden „guru” nie zrobi ze mną porządku. Mogą inspirować, porządkować język, wskazywać modele — ale moment zauważenia, zatrzymania i korekty zawsze wydarza się po mojej stronie.
Samodzielność nie polega więc na znalezieniu kogoś, kto mnie „naprawi”, lecz na gotowości do pozostania ze sobą wystarczająco długo, by zobaczyć, gdzie moje przewidywania przestają działać.
Ten tekst traktuję jako punkt wyjścia. W kolejnych częściach będę rozwijał wątki przewidywania, emocji i samodzielności już na poziomie codziennej praktyki.
Ta praca zawsze zaczyna się i kończy we mnie.
I właśnie dlatego jest trudna.
I właśnie dlatego jest możliwa.
Pozdrawiam
Paweł Kosinski