Tożsamość może być dynamicznym modelem przewidywania siebie.
Paweł mający dwadzieścia lat był innym Pawłem niż Paweł mający czterdzieści lat. Inaczej myślał, inaczej reagował, czegoś innego się bał, czegoś innego pragnął, miał inne doświadczenia i inne wyobrażenia o przyszłości.
A jednak wciąż mówię o sobie: ja. To wydaje mi się bardzo ciekawe.
Bo jeśli przez lata zmienia się ciało, sposób myślenia, poglądy, relacje, doświadczenia i cele, to czym właściwie jest ta ciągłość, którą nazywam sobą?
W moim przekonaniu tożsamość nie jest czymś całkowicie stałym, znalezionym raz na zawsze. Nie jest też wyłącznie etykietą społeczną. Jest raczej żywym modelem, dzięki któremu przewiduję, kim jestem, czego mogę się po sobie spodziewać, jak zareaguję, co potrafię, czego unikam i jak chcę funkcjonować w świecie.
1. Jak przewiduję siebie?
Kiedy piszę o mózgu, muszę uważać na język.
Łatwo powiedzieć: „mój mózg przewiduje”, jakby mózg był kimś osobnym, kto siedzi we mnie i steruje moim życiem.
Nie o to mi chodzi.
Mój mózg nie jest obcym bytem. Nie jest drugim „ja” ukrytym w głowie. Jest częścią mnie — tak jak ciało, pamięć, oddech, napięcie mięśni i historia doświadczeń.
Dlatego bardziej precyzyjnie mógłbym powiedzieć: to ja, jako żywy organizm, przewiduję rzeczywistość.
Nie jestem osobnym „ja”, które posiada mózg jak narzędzie. Nie jestem też wyłącznie mózgiem oderwanym od ciała. Jestem żywym organizmem, w którym mózg, ciało, pamięć, doświadczenie i świat tworzą jedno działające doświadczenie.
A skoro przewiduję świat, ciało, sytuacje codzienne i innych ludzi, pojawia się kolejne pytanie:
jak przewiduję siebie?
2. „Ja taki jestem”
W codzienności często pojawiają się myśli i zdania, które wypowiadam na głos albo tylko w sobie:
jestem spokojny,
jestem nerwowy,
jestem pracowity,
jestem leniwy,
nie umiem rozmawiać z ludźmi,
to nie jest dla mnie.
Na pierwszy rzut oka wyglądają jak opisy rzeczywistości. Jakbym stwierdzał fakt. Ale każde takie zdanie potrzebuje ukrytego porównania.
Jeżeli mówię: „jestem leniwy”, to musi istnieć we mnie jakiś wzorzec człowieka „nie-leniwego”. Jeżeli mówię: „nie umiem rozmawiać z ludźmi”, to istnieje we mnie jakiś obraz osoby, która „umie rozmawiać”. Jeżeli mówię: „jestem spokojny”, to mam jakiś model spokoju, do którego się odnoszę.
Pytanie brzmi: skąd wziął się ten wzorzec?
Najprawdopodobniej nie został świadomie wybrany. Nie ułożyłem go z klocków, które spokojnie i racjonalnie dobrałem według własnej woli. Powstał z niezliczonej ilości doświadczeń, reakcji innych ludzi, interpretacji, napięć, porównań, pochwał, kar, wstydu, dumy i prób dopasowania się do świata.
W tym sensie „ja taki jestem” nie zawsze jest czystym opisem rzeczywistości. Często jest przewidywaniem opartym na tym, czego nauczyłem się o sobie.
W przewidywaniu mojej tożsamości ważną rolę pełni język, którym się posługuję. Język może działać jak filtr.
Jeżeli mój model zakłada: „jestem introwertykiem”, mogę zacząć szukać dowodów na tę tezę, a pomijać momenty mojej towarzyskiej odwagi. Czy ktoś powiedziałby o mnie, że jestem introwertykiem, widząc mnie bawiącego się na weselu mojej chrześnicy? Raczej w to wątpię.
A jednak etykieta potrafi być silniejsza niż pojedyncze doświadczenie.
Być może dlatego zmiana modelu siebie bywa trudna. Nie chodzi tylko o zmianę opinii. Chodzi o chwilową utratę pewności. A mój organizm może przyjmować niepewność jako zagrożenie.
Czasem więc łatwiej trzymać się złego, ograniczającego, ale znanego przewidywania (ja nie umiem rozmawiać z ludźmi) niż wejść w niepewność i sprawdzić, czy rzeczywiście jestem tylko taki, jak o sobie myślę.
3. Tożsamość jako przewidywanie przyszłości
Tożsamość nie dotyczy wyłącznie przeszłości. Ona dotyczy także przyszłości.
Kiedy mam pojechać do Londynu, żeby załatwić jakąś sprawę, mogą pojawić się pytania: jak poradzę sobie z dojazdem? jak odnajdę się w metrze? czy dam radę to ogarnąć?
Na powierzchni są to pytania logistyczne.
Ale pod spodem może pojawić się pytanie głębsze: czy jestem wystarczająco zaradny?
Wtedy zwykła sytuacja staje się testem modelu siebie. Nie chodzi tylko o Londyn. Chodzi o przewidywanie: czy ja sobie poradzę?
Podobnie działa wyzwanie.
Gdy nie wiem, co robić, może pojawić się niepokój. Ale jeśli zakwalifikuję sytuację jako wyzwanie, ten sam brak pewności zaczyna działać inaczej.
Jakbym zmieniał się z „ja niepewnego” w „ja ciekawego”.
Nie wiem jeszcze, co robić — ale mogę się nauczyć.
To wydaje mi się bardzo ważne, bo pokazuje mi, że tożsamość wpływa na sposób interpretowania sytuacji. Ważne jest, kto interpretuje: ja niepewny czy ja ciekawy.
Jeżeli zacznę to rozpoznawać w sobie, mogę zauważyć coś istotnego: czasem nie muszę od razu zmieniać świata. Wystarczy, że zobaczę, z jakiego modelu siebie patrzę na daną sytuację.
4. Ciało jako część modelu „ja”
Dla mnie ciało nie jest dodatkiem do tożsamości. Jest jednym z jej fundamentów.
Sprawność, sylwetka, postawa, sposób poruszania się, ubranie, napięcie mięśni, oddech — wszystko to bierze udział w przewidywaniu siebie.
Trening nie jest więc tylko pracą nad mięśniami. Może być także aktualizowaniem modelu siebie:
jestem kimś, kto potrafi działać,
jestem kimś, kto dba o ciało,
jestem kimś, kto może być silny i sprawny.
Dlatego fizyczność jest częścią tożsamości. Nie tylko dlatego, że ciało widać z zewnątrz, ale dlatego, że przez ciało przewiduję własną sprawczość.
I co najważniejsze — mogę jej doświadczać.
Jeżeli wyprostuję sylwetkę przed trudną rozmową, mogę nie rozwiązać problemu, ale mogę stworzyć inny stan wejściowy. Moje ciało może przestać wysyłać sygnał: „jestem wycofany”, a zacząć tworzyć warunki dla innego modelu:
jestem obecny,
jestem gotowy,
jestem bardziej zdecydowany.
Nie chodzi o udawanie kogoś innego. Chodzi o to, że ciało nieustannie współtworzy moje przewidywanie siebie.
5. Kiedy ciało przestaje pasować do przewidywania
Mój nieżyjący już tata, w wyniku choroby, miał amputowane nogi. Pamiętam, jak wielokrotnie mówił: „Jak to jest? Wiem, że nie mam nóg, widzę to, a mimo to często czuję ból moich stóp, których fizycznie nie ma.”
Dla mnie było to bardzo mocne doświadczenie.
Nie traktuję tego jako naukowego wyjaśnienia, ale jako osobistą obserwację: ciało, układ nerwowy i wcześniejszy model siebie nie zmieniają się natychmiast tylko dlatego, że zmieniła się rzeczywistość fizyczna. Jakby w doświadczeniu nadal istniała mapa ciała, której rzeczywistość już nie potwierdzała.
Podobny mechanizm, choć w zupełnie innej skali, zobaczyłem u mojego syna po złamaniu ręki. Dopóki ręka była zabezpieczona gipsem, model sytuacji był trudny, ale stabilny: ręka jest złamana, ale chroniona.
Kiedy jednak gips został zdjęty i pojawił się widok przedramienia bez zabezpieczenia, na twarzy mojego syna pojawiło się przerażenie. Powiedział, że boi się, że ręka znowu zrobi się jak z gumy.
To nie był tylko widok ręki.
To było doświadczenie: moje ciało nie wygląda tak, jak powinno wyglądać, żeby było bezpieczne.
I właśnie dlatego ciało tak mocno łączy się z poczuciem siebie. Uraz, choroba, starzenie się albo utrata sprawności mogą naruszać nie tylko ciało, ale także model „ja”.
Nie wystarczy wtedy powiedzieć: „nie jestem swoim ciałem”. Moje codzienne doświadczenie pokazuje mi raczej coś innego: nie jestem tylko ciałem, ale ciało głęboko uczestniczy w tym, kim się czuję.
6. „Jak powinno być” i „jak ja powinienem się zachować”
W relacjach zauważyłem, że mój model rzeczywistości może przestać być narzędziem, a stać się wymaganiem wobec świata.
W tożsamości dzieje się podobnie. Model może mnie wspierać. Może pomagać mi działać spokojniej, mądrzej, konsekwentniej.
Ale może też stać się wymaganiem:
– powinienem zawsze być spokojny,
– powinienem zawsze być silny,
– powinienem zawsze wiedzieć, co robić,
– powinienem zawsze dobrze wypaść,
– powinienem zawsze być taki, jak przewiduje mój idealny obraz siebie.
Wtedy model przestaje być mapą wspierającą funkcjonowanie w rzeczywistości.
Zaczyna być przymusem. I właśnie wtedy pojawia się konflikt wewnętrzny.
Coraz częściej mam wrażenie, że negatywne odczucia pojawiają się tam, gdzie próbuję nagiąć terytorium do swojej nieaktualnej mapy.
Rzeczywistość pokazuje jedno. Mój model siebie wymaga czegoś innego.
A ja znajduję się pomiędzy.
Nie dlatego, że coś jest ze mną „nie tak”, ale dlatego, że rzeczywiste doświadczenie rozmija się ze sztywnym przewidywaniem siebie.
7. Obserwator i obserwator obserwatora
W życiu codziennym mogę zauważyć różne poziomy działania mojej tożsamości. Przytoczę banalny przykład.
Do pomieszczenia, w którym pracuję, wchodzi mój menadżer.
Najpierw pojawia się reakcja automatyczna. Ciało prostuje się, lekko napina, zmienia postawę, próbuje wypaść lepiej, sprawniej, bardziej kompetentnie.
Potem pojawia się we mnie obserwator: widzę, że to robię.
A po chwili może pojawić się jeszcze głębszy poziom: widzę, jak oceniam to, co właśnie zauważyłem. Na przykład wewnętrznym głosem: nie wygłupiaj się.
To można nazwać obserwatorem obserwatora.
Dla mnie ten poziom jest bardzo ważny, bo pozwala zobaczyć, czy model siebie nadal jest narzędziem, czy zaczyna odrywać się od rzeczywistości. Nie chodzi o to, abym nie miał modelu siebie. To chyba niemożliwe. Chodzi raczej o to, aby model siebie pozostawał w kontakcie z rzeczywistością.
Żeby nie był tylko automatyczną reakcją.
Żeby nie był tylko krytykiem.
Ale żeby stawał się przestrzenią, w której mogę zauważyć: co się we mnie uruchomiło? jaki model siebie właśnie działa? czy on mi pomaga, czy mnie usztywnia?
8. Tożsamość w oczach innych i tożsamość wobec siebie
Jestem istotą społeczną, więc naturalnie przewiduję również to, jak mogę być postrzegany przez innych.
Ale tu pojawia się pułapka.
Mogę zacząć budować siebie na podstawie wyobrażenia: jak oni mnie widzą? co sobie o mnie pomyślą? czy wypadłem wystarczająco dobrze?
Najprostszym przykładem z własnego doświadczenia jest sytuacja, gdy ktoś zaczyna mi „słodzić”.
Pewnego dnia w pracy mieliśmy dostawę. Przenosiłem duże paczki. Jedna osoba powiedziała do mnie, że jestem silny, bo z łatwością podnoszę ciężkie rzeczy.
Nie uwierzyłbym, gdybym sam tego nie doświadczył, ale przez chwilę paczki stały się w moim odczuciu lżejsze.
Po chwili śmiałem się do siebie w duchu z mechanizmu, który na moment zrobił ze mnie silniejszego człowieka.
Jedno zdanie wypowiedziane przez drugą osobę wpłynęło na moje odczucie ciała i na model siebie.
To pokazuje, jak bardzo społeczne jest nasze „ja”. Ale działa to również w drugą stronę.
Bardzo często nie znam rzeczywistych myśli innych ludzi. Znam tylko własne przewidywania na temat ich ocen. I właśnie te przewidywania mogą stać się czymś, co roboczo nazywam halucynacją społeczną.
Nie reaguję wtedy na człowieka. Reaguję na własne przewidywanie o tym, co on myśli, czuje albo zamierza.
Zauważyłem też, że jeśli przewiduję, że jakaś osoba mnie zignoruje, moje napięte ciało, sposób zachowania, spojrzenie, wyraz twarzy albo ton głosu mogą prowokować tę osobę do dystansu wobec mnie.
A wtedy rzeczywistość zaczyna potwierdzać moje przewidywanie.
Nie dlatego, że od początku było prawdziwe, ale dlatego, że sam nieświadomie stworzyłem warunki, które je wzmocniły.
Dlatego ważne wydaje mi się przesunięcie środka ciężkości. Nie chcę być spokojny, silny i sprawny wyłącznie po to, aby dobrze wyglądać w oczach innych.
Chcę taki być przede wszystkim wobec siebie.
Kiedyś zapisałem sobie zdanie: dla innych i świata mogę być nikim, ale dla siebie jestem wszystkim.
Nie rozumiem tego jako pogardy wobec świata ani wywyższania siebie. Rozumiem to raczej jako odpowiedzialność.
To ja żyję ze swoim ciałem, swoimi myślami, swoimi reakcjami, swoimi decyzjami i swoimi konsekwencjami. Dlatego nie chcę oddawać całego modelu siebie w ręce wyobrażonych ocen innych ludzi.
9. Standardy wobec siebie
Tożsamość ujawnia się również w drobnych sytuacjach. Na przykład wtedy, gdy w pracy coś powinno być zrobione przez innych, ale nie jest.
Może pojawić się myśl: skoro oni tego nie zrobili, to ja też nie powinienem tego robić.
Ale zaraz potem pojawia się inne pytanie: kim jestem wobec siebie, kiedy nikt mnie nie kontroluje? Kiedy nikt nie patrzy? I rodzi się kolejna myśl: czy samemu sobie zrobiłbym tak samo?
Czy nie wykonałbym czegoś, czego będę potrzebował jutro? Nie wspominając o tym, że mogą tego potrzebować także moi współpracownicy.
Nie musi to oznaczać perfekcjonizmu. Może oznaczać wewnętrzną spójność.
Bycie „w porządku” nie tylko wobec systemu, według którego zgodziłem się działać. Nie tylko wobec przełożonych, kolegów, koleżanek czy innych ludzi. Ale także wobec własnego modelu siebie.
W takich chwilach tożsamość przestaje być abstrakcyjnym pojęciem. Staje się małą decyzją.
Co zrobię, kiedy mógłbym tego nie zrobić?
10. Tożsamość jako sprawcza iluzja
Być może tożsamość jest pewną formą iluzji. Ale nie iluzji w sensie błędu albo oszustwa. Raczej sprawczej iluzji — roboczego modelu, dzięki któremu mogę funkcjonować jako człowiek.
„Ja” istnieje w rzeczywistości jako żywy proces: ciało, mózg, pamięć, doświadczenie, relacje, język, decyzje i działanie.
Ale „ja” jest również czymś, co opisuję sam przed sobą i dla siebie.
Jako człowiek nie tylko istnieję. Tworzę opowieść o tym, kim jestem, czego mogę się po sobie spodziewać i jak chcę działać.
Bez takiej iluzji być może mógłbym biologicznie istnieć. Ale nie wiem, czy mógłbym żyć jako człowiek. Bo człowiek potrzebuje jakiejś ciągłości.
Potrzebuje poczucia, że wczoraj, dziś i jutro istnieje jakaś nić łącząca doświadczenia w jedno życie. Ta nić nie musi być sztywna. Nie musi być raz na zawsze określona.
Ale bez niej trudno byłoby planować, wybierać, uczyć się, kochać, pracować, rozwijać się i ponosić odpowiedzialność.
11. Aktualizowanie siebie
Ten wpis zamyka dla mnie serię o przewidywaniu, ale nie zamyka samego kierunku. Raczej domyka pierwszy etap. Od przewidywania świata, przez ciało i codzienność, przez relacje, aż do tożsamości.
Teraz coraz bardziej interesuje mnie nie tylko to, jak przewiduję, ale także jak mogę tworzyć warunki, w których moje przewidywania będą się zmieniać.
Nie chcę myśleć o tożsamości jako o czymś, co trzeba naprawić. Bardziej jako o modelu, który mogę obserwować i stopniowo aktualizować.
Każde działanie staje się materiałem dla przyszłych przewidywań.
To, co robię dzisiaj, może jutro stać się częścią odpowiedzi na pytanie: kim jestem?
Jeśli dbam o ciało, uczę się przewidywać sprawność.
Jeśli zachowuję spokój, uczę się przewidywać spokój.
Jeśli podejmuję wyzwania, uczę się przewidywać, że potrafię wejść w nieznane.
Jeśli jestem wobec siebie uczciwy, uczę się przewidywać wewnętrzną spójność.
Być może tożsamość nie jest czymś, co znajduję raz na zawsze. Być może jest czymś, co codziennie współtworzę.