Orientacja w życiu

Bycie zorientowanym nie oznacza dla mnie, że znam wszystkie odpowiedzi. Bardziej chodzi o to, czy potrafię sprawdzać, czy moje aktualne rozumienie sytuacji nadal trzyma się gruntu. 

Gdzie ja do cholery jestem?

Gdy zaliczyłem egzamin na prawo jazdy, poczułem więcej swobody i mniejsze uzależnienie od publicznych środków transportu. Zacząłem jeździć własnym samochodem w czasach, gdy nie tylko nie było dostępu do GPS, ale nawet o telefonach komórkowych czytało się głównie w gazetach. Do przemieszczania się po nowym, nieznanym terenie potrzebna była papierowa mapa. Jednak nawet z nią trafienie pod konkretny adres bywało kłopotliwe i wielokrotnie błądziłem. Tracąc orientację w terenie, doświadczałem nie tylko „zmieszania” — to słowo jest zbyt poprawne obyczajowo, aby opisać moje emocje. Byłem zły i dawałem upust mojej złości głośnymi przekleństwami.

Dzisiaj widzę w tamtych sytuacjach coś, czego wtedy nie zauważałem. Do mojej świadomości docierało przede wszystkim pytanie: „Co robić?” Towarzyszyły mu napięcie, złość i potrzeba natychmiastowego wykonania kolejnego ruchu.

Skręcałem więc w następną ulicę, zawracałem albo próbowałem kolejnej drogi, chociaż nadal nie potrafiłem określić własnego położenia. Kolejny ruch wydawał się jedynym możliwym wyjściem z napięcia — jakby samo poruszenie się, wszystko jedno w którą stronę, miało zastąpić brakującą wiedzę o tym, gdzie właściwie jestem.

Nie twierdzę, że reaktywne działanie jest czymś złym, co należy w sobie wyeliminować. Wiele automatycznych reakcji pozwala działać szybko i sprawnie. Zastanawiam się jednak, co dzieje się wtedy, gdy odruch przejmuje działanie, zanim zdążę rozpoznać sytuację.

Ale tak naprawdę zależy mi na czymś więcej niż na rozpoznaniu, gdzie fizycznie stoję czy siedzę — to akurat oczywiste. Chodzi o to samo pytanie w pracy, w domu, w relacjach z bliskimi. Nawet wobec samego siebie. 

Najczęściej zwracam uwagę na te sytuacje, w których pojawia się napięcie, złość albo bezradność. Nie dlatego, że każde nieprzyjemne uczucie jest błędem, który trzeba naprawić. Takie nieprzyjemne uczucia traktuję raczej jak sygnał: zanim zacznę poprawiać innych albo świat dookoła, sprawdzę, czy dobrze rozumiem, gdzie jestem i skąd to wiem. 

Żartobliwie mógłbym nazwać takie zatrzymanie „powrotem do rzeczywistości”. Nie dlatego, że od razu dowiedziałbym się, gdzie jestem, ale dlatego, że przestałbym zastępować brak wiedzy kolejnym ruchem. Zatrzymanie nie wskazałoby właściwej drogi. Dałoby mi to jednak szansę, żeby rozłożyć mapę, znaleźć jakiś punkt orientacyjny. Zamiast myśleć: „Muszę coś zrobić”, mógłbym pomyśleć: „Spróbuję najpierw rozpoznać, gdzie jestem”. 

Nie znaczyłoby to, że podejmę lepszą decyzję, ale przynajmniej zwiększałoby szanse, że następny krok nie będzie tylko przedłużeniem złości, napięcia albo bezradności. 

Ale nawet ta odpowiedź na pytanie „Gdzie jestem?” to tylko robocza wersja. Mogę przecież opierać ją na niepełnych informacjach, przypuszczeniach albo historii, którą dopowiedziałem sobie przed sprawdzeniem sytuacji. Dlatego potrzebne jest drugie pytanie: skąd to wiem?

Skąd u diabła mam to wiedzieć?

Wielokrotnie, wracając samochodem do domu, zaczynałem myśleć o parkowaniu, co wydaje się normalne. Jednak zanim rzeczywiście docierałem do miejsca parkowania przy mojej ulicy, z góry przewidywałem, że znalezienie miejsca będzie problemem. To rodziło napięcie, które wyraźnie zaczynało się nie po zobaczeniu, że nie mam gdzie zaparkować, lecz wcześniej — kiedy przewidywany problem istniał jeszcze tylko w mojej głowie. 

Kiedy to zauważyłem, nie dawało mi to spokoju: nic jeszcze nie widzę, a już czuję napięcie. Do tego pojawia się myśl, która je podkręca: „Pewnie sąsiadka zajęła dwa miejsca parkingowe”. 

Owszem, wcześniej zdarzały się takie sytuacje, ale skąd wiem, jak dzisiaj stoją tam samochody — i czy w ogóle stoją? I doszedłem do jednego wniosku: stare doświadczenie zaczęło mi podpowiadać, jak wygląda sytuacja, której jeszcze nawet nie widziałem.  

Co w związku z tym robić? 

Postanowiłem coś z tym zrobić: przy kolejnych powrotach będę wcześniej pytał sam siebie: „Czego właściwie spodziewam się po dojechaniu do domu?”, a następnie będę sprawdzał rzeczywistą sytuację i reakcję na nią. 

Za pierwszym razem wyraźnie zauważyłem, że zamiast znajomego napięcia pojawiło się pytanie o przewidywanie. Gdy dojechałem na miejsce, nie było dla mnie miejsca, ale nie rozwinęła się obraźliwa historia o tym, jak sąsiadka parkuje. 

Za drugim razem również nie było miejsca, ale nie pojawiły się ani związane z tym historie, ani złośliwe reakcje.

Po kilku kolejnych próbach przyszła mi do głowy odpowiedź na pytanie: „Czego właściwie spodziewam się po dojechaniu do domu?”. Mam co najmniej trzy możliwości: znajdę miejsce łatwe do zaparkowania; trafię na trudniejsze, pomiędzy samochodami; albo miejsca nie będzie i poszukam go dalej od domu.

W końcu stara reakcja już się nie włączała, obojętnie na który z tych trzech wariantów trafiałem. 

Nie zmieniłem parkingu ani sposobu parkowania sąsiadki. Nie próbowałem też hamować złości i nakazywać sobie spokoju. Zacząłem wcześniej rozpoznawać sytuację, sprawdzać, co rzeczywiście wiem, i dopiero potem odpowiadać na to, co zastałem.

Mógłbym zacząć zmieniać świat zewnętrzny — choćby wydać część oszczędności na podjazd przed domem. Nie twierdzę, że zmiana warunków byłaby błędem. Najpierw jednak zauważyłem, że część problemu pojawia się wcześniej niż sam brak miejsca: w moim przewidywaniu tego, co zastanę. Pytania pozwoliły mi zobaczyć, z jakiej mapy korzystam, zanim zdecydowałem, co robić.

Po pewnym czasie zauważyłem coś, czego się nie spodziewałem. Tej samej niewygodnej sytuacji nie musiałem już przeżywać w ten sam sposób. Nie była to wolność od problemu z parkowaniem. Była to niewielka, ale wyraźna swoboda, żeby nie reagować za każdym razem po staremu. 

ABC – trzy pytania

Nie wiem, czy zauważyłeś, ale w całej tej historii wracały te same trzy pytania: gdzie jestem, skąd to wiem i co w związku z tym robić? Roboczo nazwałem ten układ ABC. Nie twierdzę, że zawsze trzeba zadawać te pytania właśnie w tej kolejności. U mnie po prostu tak się ułożyły.

I właśnie do nich będę wracał w kolejnych wpisach — sprawdzając, jak wyglądają w pracy, w relacjach, wobec własnego ciała, podczas podejmowania decyzji albo czekania na coś, czego jeszcze nie znam.