Po powrocie do domu przygotowywałem sobie jedzenie. Niby codzienna, zwykła sytuacja, a jednak tego wieczoru moja uwaga obejmowała nie tylko to, co jest.
Zauważyłem, że kawa jest w słoiku, ale ktoś musiał ją kupić i do niego przesypać. Łyżeczki są czyste, na swoim miejscu, ale ktoś je umył i tam położył. Cukier jest w cukierniczce, mleko w lodówce. W trakcie mycia rąk widzę, że łazienka jest czysta, środki higieniczne uzupełnione. Przedmioty znajdują się tam, gdzie spodziewam się je znaleźć…
Dlaczego do tej pory prawie tego nie widziałem?
Rzeczywistość tego miejsca, której doświadczam od lat jako czegoś oczywistego i normalnego, nie powstaje sama z siebie.
Zrobiło mi się głupio. To, co odbierałem jako niewidoczną normalność, jest rezultatem czyjegoś stałego wysiłku, czasu i uwagi. To, co w takim razie ja robię?
Jaki jest mój udział w tworzeniu tego naszego wspólnego życia?
Zdałem sobie sprawę, że dopóki rzeczywistość w pełni odpowiada mojemu cichemu „tak powinno być”, cała ta praca pozostaje dla mnie niewidoczna. Normalność staje się bezrefleksyjna, a sama norma – przezroczystym tłem.
Czysta łazienka – norma.
Brudna – natychmiastowy błysk uwagi.
Pełna cukiernica – niewidzialne tło.
Pusta – zgrzyt w systemie.
To wskazuje, że moje ciche „powinno być” zyskuje pełną widoczność dopiero wtedy, gdy przestaje być spełnione.
Pamiętam z pracy powtarzającą się sytuację: jedna z koleżanek z innego działu wchodzi do kuchni, w której jest nas kilka osób. Wchodzi w milczeniu, jakby była sama. Szybko i sprawnie przygotowuje kanapkę, odkłada wszystko na miejsce i wychodzi.
„Zaraz, zaraz… Tak się nie robi” — mówię do siebie w myślach. Rozglądam się, obserwując reakcje współpracowników, po czym dodaję: „To po prostu brak szacunku”.
Dziś, gdy patrzę na to z dystansu, wyraźniej dostrzegam swój sposób myślenia, moją reakcję. Zachowanie koleżanki naruszyło moją normę, moje „powinno być”: „Wchodząc do wspólnej przestrzeni, należy się przywitać”. To był punkt zapalny, który w ułamku sekundy przetłumaczyłem na osąd: „To brak szacunku”.
Odkrywam w ten sposób własny schemat postrzegania świata:
Kiedy moja norma jest spełniona, człowiek może stać się dla mnie niewidoczny. Kiedy zostaje naruszona — staje się aż nadmiernie widoczny.
Trochę to niepokojące, że z jednej strony nie dostrzegam ludzi, dzięki którym funkcjonuję, a z drugiej tak łatwo osądzam zachowanie innych. Jednak nie chodzi mi tu o moralizowanie czy poczucie winy. Chodzi o odkrycie czegoś ukrytego i zarazem wpływowego, działającego w tle, o moje „powinno być”.
ABC — od zatrzymania do działania
Nie chcę, żeby orientacja w życiu kończyła się na kolejnym zatrzymaniu. Samo zauważenie własnego „powinno być” to za mało. Zatrzymanie ma tylko stworzyć chwilę — moment, w którym mogę sprawdzić, gdzie naprawdę jestem i co wokół mnie się dzieje, by po prostu świadomie zadziałać.
A — Gdzie jestem?
Najpierw próbuję zobaczyć sytuację możliwie prosto. Zamiast tworzyć w głowie opowieści o tym, co powinno się stać albo jak ktoś powinien się zachować, zadaję sobie jedno pytanie:
Co rzeczywiście się wydarzyło?
W przypadku koleżanki z pracy: weszła do kuchni i nie przywitała się. W przypadku domu: korzystałem z porządku i rzeczy, których obecność brałem za oczywistość, choć były rezultatem czyjejś pracy.
B — Skąd to wiem?
Tu pojawia się moje „powinno być”. Sprawdzam, jaka ukryta reguła właśnie we mnie “zgrzytnęła”. Współpracownik powinien się przywitać. W domu powinny być potrzebne rzeczy, porządek powinien być utrzymany.
Nie chodzi o to, żeby natychmiast odrzucić te normy, lecz żeby zobaczyć, że są moje — i że między faktem a moją oceną może pojawić się dodatkowa interpretacja. „Nie przywitała się” nie jest jeszcze tym samym co „nie szanuje mnie”. „Nie ma cukru” nie jest jeszcze tym samym co „ktoś znowu czegoś nie dopilnował”.
Kiedy już zobaczę własne „powinno być”, mogę zrobić jeszcze jedną rzecz: na chwilę przestać traktować je jak oczywistość. Dlaczego właściwie uważam, że tak powinno być? Czy nadal chcę tę normę podtrzymywać? Czemu ona służy?
W przypadku powitania odpowiedź jest dla mnie dość prosta: nadal uważam je za wartościowy sposób uznania obecności drugiego człowieka. Nie muszę więc porzucać tej normy. Mogę jednak przestać traktować ją jak prawo, którego naruszenie automatycznie mówi mi coś o charakterze drugiej osoby.
Poddać normę w wątpliwość nie oznacza jej odrzucenia. Mogę ją sprawdzić i po namyśle nadal wybrać.
C — Co w związku z tym robić?
Dopiero tutaj „powinno być” może przestać być źródłem samej pretensji i stać się kierunkiem, w którym wykonam pierwszy ruch. Skoro widzę już fakty i rozumiem własne oczekiwania, mogę wybrać świadomą reakcję zamiast automatycznego nawyku.
Jeżeli uważam, że wchodząc do wspólnej przestrzeni warto się przywitać — mogę sam tę normę podtrzymywać. Mogę wyjść z inicjatywą, powiedzieć „dzień dobry”, przełamać napięcie i przestać być biernym obserwatorem-krytykiem. W ten sposób współtworzę atmosferę wokół siebie.
Jeżeli zauważam, że wspólne życie wymaga czyjejś stałej uwagi i pracy — mogę zapytać siebie o własny udział. Mogę częściej głośno powiedzieć „dziękuję”, dając do zrozumienia, że niewidzialna praca została dostrzeżona. Jeżeli czegoś brakuje — mogę najpierw sprawdzić, czy potrafię samodzielnie to uzupełnić, zamiast zaczynać od poszukiwania winnego.
Sprawdzam, czy taka prosta codzienna praktyka pomaga mi wybudzić się z automatycznego oczekiwania, że świat i ludzie dopasują się do mojego cichego „powinno być”, i wyraźniej dostrzegać to, co jest.
Moje „powinno być” nie jest prawem rzeczywistości. Jest propozycją tego, jak chciałbym w niej żyć.
Dlatego chciałbym po tym doświadczeniu zachować przede wszystkim pewną zdrową nieufność wobec własnego „powinno być”. Nie po to, żeby pozbywać się norm. Bez nich trudno byłoby mi oceniać, czego chcę, co uważam za dobre i w jakim kierunku zamierzam działać.
Chodzi raczej o chwilę wątpliwości: czy to, co właśnie uznałem za oczywiste, rzeczywiście jest oczywiste? Czy widzę sytuację taką, jaka jest, czy przede wszystkim jej niezgodność z moją normą? Czy moje „powinno być” pomaga mi coś budować, czy tylko dostarcza kolejnego powodu do niezadowolenia z ludzi, świata albo samego siebie?
Kawa nadal stoi w słoiku. Łyżeczka nadal leży na swoim miejscu. Łazienka nadal może być czysta. Tylko dla mnie nie jest to już całkiem niewidoczne. Widzę trochę wyraźniej, że za tym stanem stoi czyjś czas, uwaga i działanie.
I może właśnie tutaj zaczyna się praktyczna, świadoma orientacja: nie od pytania, kto powinien zrobić więcej, lecz od sprawdzenia, gdzie jestem ja i co w tej sytuacji należy do mnie.