Przewidywanie w ciele i codzienności

Zauważam, że często próbuję „domykać” sytuacje i rzeczy, zwłaszcza te, które mnie bezpośrednio dotyczą. Nie chodzi o to, żeby wszystko było zakończone „na czysto”. Raczej o to, żebym wiedział, gdzie jestem w danej sytuacji i co z tym zrobię.

Kiedyś miałem wrażenie, że doprowadzanie spraw do końca nie tylko daje satysfakcję i uspokaja, ale przede wszystkim czyni codzienność stabilną. To brzmi dobrze — z jedną uwagą: zawsze pojawia się coś nowego, coś co nie jest domknięte.

I nie chodzi tylko o świat zewnętrzny, którego przecież nie zatrzymam. Bardziej o to, że nawet „wewnętrznie” próbowałem osiągnąć stan, w którym wszystko jest już na swoim miejscu.

Dziś widzę w tym pewną naiwność.

Życie nie jest konstrukcją z żelaza i stali, którą wystarczy konserwować. Bardziej przypomina rzekę. Jest w ruchu. Czasami spokojnym, prawie niewidocznym. Czasami szybkim, nierównym, wymagającym uwagi.

I zaczynam rozumieć, że problemem nie jest ten ruch. Problemem jest to, że próbuję go zatrzymać. W codziennych sytuacjach dzieje się coś bardzo konkretnego.

Za kilka miesięcy kończy mi się ważność paszportu. Muszę go wymienić. Latem wyjeżdżam na wakacje. Jest sprawa do załatwienia, ale nie mam jeszcze wszystkich danych, jak to zrobić. Odkładam to na później.

I pojawia się napięcie. Niewielkie, ale obecne. Następnego dnia, od rana w pracy, nie mogę się od tego oderwać. Napięcie rośnie. To już nie jest tylko myśl — to coś, co wyraźnie „trzyma mnie” w tle. Jakbym owinął sobie klatkę piersiową bandażem i na krótką chwilę zacisnął go mocniej.

Kiedyś traktowałem to jako błąd. Przecież jestem w pracy, nic nie mogę teraz zrobić — tłumaczyłem sobie. A jednak ciało nie reagowało na te argumenty. Dziś zaczynam widzieć to inaczej.

To nie jest błąd – To jest sygnał.

Moje ciało i umysł próbują się odnaleźć w sytuacji, która nie jest domknięta. Nie wiedzą jeszcze, co dalej, więc utrzymują czujność. Jakby mówiły: „to jeszcze trwa”.

I może właśnie tutaj zaczyna się coś ważnego. Bo zamiast natychmiastowej próby uspokojenia tego stanu, mogę go przez chwilę zobaczyć. Bez nadawania mu znaczenia. Bez walki.

Zacząłem się zastanawiać, skąd bierze się to subtelne napięcie, które pojawia się, gdy coś pozostaje „w zawieszeniu”. Dziś zakładam, że mój mózg nie jest tylko obserwatorem rzeczywistości. On nieustannie próbuje przewidywać, co się wydarzy.

A kiedy sytuacja jest niedomknięta — kiedy brakuje danych — zaczyna przygotowywać moje ciało na przyszły wysiłek. Jakby z wyprzedzeniem zarządzał energią, której mogę za chwilę potrzebować. To nie jest tylko myśl. To są konkretne zmiany w ciele: lekko przyspieszony oddech, subtelne napięcie mięśni, uwaga szukająca brakujących informacji.

Zaczynam patrzeć na ciało trochę inaczej. Jak na barometr tego, co mój mózg przewiduje. Jeżeli nie ma wystarczającej ilości danych, żeby stworzyć precyzyjny obraz sytuacji, pojawia się czujność. Bo brak danych oznacza jedno: nie wiem, co nadchodzi. A to wymaga gotowości. Może właśnie dlatego mam wrażenie, że „coś wisi w powietrzu”.

Kiedy wróciłem do domu po pracy, w ciągu kilkunastu minut zapisałem się na wizytę w konsulacie. Sprawdziłem, co mam przygotować. Zrobiłem wszystko, co mogłem na tym etapie. Sprawa nie była jeszcze zakończona. Ale przestała być niepewna. Napięcie zniknęło.

To prowadzi mnie do prostego wniosku. Jeśli nauczyłem siebie, że „niepewność oznacza problem”, to mój mózg będzie generował napięcie jako formę ochrony. Próbując przygotować mnie na to, co — jego zdaniem — może być trudne.

Pamiętam sytuacje z bólami głowy. Pod koniec dnia pracy pojawiało się napięcie, które interpretowałem jako zapowiedź bólu. Mój mózg szybko znajdował potwierdzenie tej historii i ją domykał. Czasami nawet zanim ból naprawdę się pojawił. Dziś widzę, że mechanizm był podobny.

Przewidywanie → napięcie → interpretacja → doświadczenie.

Zaczynam więc uczyć się czegoś prostego. Bycia „w trakcie”. Zamiast natychmiast domykać, sprawdzać, rozwiązywać — zatrzymuję się na chwilę. Nie po to, żeby coś zmienić. Raczej po to, żeby zobaczyć, co się dzieje. Zwracam uwagę na ciało. Gdzie dokładnie pojawia się napięcie. Czy to oddech, klatka piersiowa, kark, brzuch. Nie próbuję tego usuwać. Patrzę tylko, jak ciało się zachowuje. Jakby przygotowywało się do czegoś, co jeszcze się nie wydarzyło.

I czasami pojawia się to pytanie: czy to napięcie dotyczy tego, co jest teraz, czy tego, co dopiero może się wydarzyć? Nie zawsze mam odpowiedź. Ale samo zauważenie tego pytania coś zmienia.

To, co odkrywam, jest dla mnie nowe. Moja stabilność nie polega na tym, że wszystko jest uporządkowane. Pojawia się wtedy, gdy zaczynam rozumieć język własnego ciała.

Kiedy czuję napięcie, mogę powiedzieć: „Mój mózg próbuje mnie przygotować na przyszłość”, albo “Nie muszę teraz brać w tym udziału”. I to wystarcza. Nie muszę od razu działać.

Zauważam też coś jeszcze. Kiedy przestaję traktować każdy sygnał z ciała jako problem do rozwiązania, wiele z nich po prostu znika. Tak jakby nie były zagrożeniem, tylko informacją.

I mam wrażenie, że to dopiero początek. Bo te same mechanizmy widzę dalej. W relacjach — kiedy próbuję przewidzieć, co ktoś pomyśli, powie albo zrobi. I jeszcze głębiej — w tym, jak zaczynam przewidywać samego siebie. Kim jestem. Czego się po sobie spodziewam?

Na razie zatrzymuję się na ciele. Ale czuję, że to tylko pierwszy poziom tej samej historii.

Pozdrawiam

Paweł Kosiński

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.